Oczywiście dzięki tej technologii banki mogą zarabiać na transakcjach o mniejszej wartości, opłacanych zwykle gotówką.

Podejrzewam też, że zbliżeniówki są ostatnią szansą na zwiększenie wpływów z opłat od płatności kartami, nim trzeba będzie się tymi pieniędzmi podzielić. Lada moment na ten rynek wkroczą telekomy, które próbują zintegrować karty płatnicze z komórkami. Kiedy tego dokonają, staną się czwartym – obok banków, agentów rozliczeniowych i organizacji płatniczych – do podziału wpływów generowanych przez płacących kartami, albo po prostu zajmą czyjeś miejsce.

Potem dowiedziałem się, że karty zbliżeniowe są „bardziej transakcyjne”. To oznacza w języku bankowców, że ludzie posiadający takie plastiki wydają więcej niż osoby korzystające z bardziej tradycyjnych kart. Ponoć jest tak dlatego, że zbliżeniówki zawieszają w umyśle płacącego związek między zakupem a fizycznym wydawaniem pieniędzy. Czyli ludzie kupują mniej rozsądnie, ale dla bankowców oznacza to dodatkowe wpływy.

Teraz okazuje się, że zbliżeniówki nie są bezpieczne i można skopiować z nich dane. Czyli bankowcy w pogoni za zwiększonymi zyskami oferują produkt mniej dla nas korzystny. Nie tylko powoduje to, że mniej rozsądnie wydajemy pieniądze, ale na dodatek ryzykujemy ich kradzież.

Gdyby ktoś pytał, czy kryzys wywołany przez kredyty typu subprime i oparte na nich dziwne instrumenty finansowe nauczyło czegoś banki, właśnie dostał odpowiedź. Dla zarobku bankowcy są gotowi na wiele i kryzys tego nie zmieni.

I jak dawniej zapominają, że istnieje ryzyko, iż klient, który za dużo wyda, płacąc zbliżeniówką, albo zostanie okradziony, nie będzie miał pieniędzy na obsługę innych zobowiązań, np. ratę kredytu. Czyli że to, co z jednej strony bankom przynosi zyski, z drugiej może w nie uderzyć. Ale najwyraźniej wizja zysków czy premii – niczym zbliżeniówka przy płatnościach – zawiesza związek między sytuacją banku a standingiem finansowym jego klientów.