Kłopot w tym, że w nowoczesnych demokracjach coraz częściej zaczyna obowiązywać zasada – znana skądinąd z innych, powszechnie pogardzanych dziś systemów politycznych – że naród chce tego, czego chce akurat rządząca partia lub koalicja. Obywatele są jedynie od tego, by wrzucać do urn kartki z głosami. Później naród powinien słuchać, a nie wymagać, bo albo nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest dla niego dobre, albo też jest za głupi na to, by wiedzieć, jak powinien wyglądać otaczający go świat.

Dziś w wyborczych programach nie mówi się nam już, co konkretnie przedstawiciele narodu zrobią dla niego, gdy ten odda na nich swoje głosy. A to, co w programach się znajduje, często nijak ma się do tego, czym obywatele są później uszczęśliwiani. I rządzący, i administracja coraz częściej zapominają, że najwyższym suwerenem jest naród, czyli my. Niezależnie od tego, czy mamy lat naście czy dziesiąt.

Dlatego gdy przyglądam się protestom przeciwko ACTA czy zbieraniu wniosków pod referendum w sprawie wieku emerytalnego, moje ukształtowane przez znakomitych profesorów prawa z Uniwersytetu Wrocławskiego serce rośnie. Rośnie nie dlatego, że uważam, że ta czy inna strona ma akurat rację, bo racja na ogół znajduje się gdzieś pośrodku tej wyboistej drogi. Cieszy mnie, że obywatele zaczynają sobie przypominać, że władza należy do nich. A nie do polityków. Że znają i zamierzają korzystać ze swych konstytucyjnych praw.

I o tym powinniśmy zawsze i wszędzie, niezależnie od naszych poglądów politycznych, przypominać tym, którzy nas reprezentują: to my, obywatele, rządzimy tym krajem. Oni tylko nim w naszym imieniu administrują. I to w naszych rękach są ich przyszłe umowy o pracę.