Bartosz Arłukowicz zapewniał lekarzy podczas ich zjazdu, że resortowi zależy na dialogu ze środowiskiem medycznym, że ma gotowe projekty ustaw, że już niedługo trafią do konsultacji, już niedługo... Po czym popełnił ten sam błąd co w grudniu. W weekend zawiesił nowy wykaz leków refundowanych, który ma zacząć obowiązywać już od 1 marca.

To woda na lekarski młyn, a przekaz medialny jest jeden – ministerstwo znów nie dało medykom wystarczająco dużo czasu na zapoznanie się ze zmianami. Aptekarze natomiast ponownie będą siedzieć po nocach, żeby wprowadzić je do swoich komputerów. Pacjenci zapewne już się zastanawiają, czy wykupią leki refundowane przez NFZ bez problemu, czy znów staną się mimowolnymi ofiarami sporu na linii lekarze – rząd.

Nie wiadomo również, jakie będą skutki finansowe wejścia w życie nowych wykazów. Takiej informacji na próżno szukać na stronach internetowych resortu. A przecież to w zasadzie kluczowe dane. Bo grudniowe zamieszanie wokół ustawy refundacyjnej i wykazów, które miały zacząć obowiązywać od nowego roku, spowodowało, że w ostatnim miesiącu 2011 r. przestraszeni pacjenci zaczęli wykupywać leki na zapas. W efekcie paniki i chaosu informacyjnego wydatki NFZ na refundacje niebezpiecznie poszybowały – były o miliard wyższe w porównaniu z tymi z grudnia 2010 r.

Natomiast w styczniu przyszło załamanie – spór pieczątkowy spowodował, że te były o 36 proc. niższe niż rok wcześniej w analogicznym czasie. Takie wahnięcia są szczególnie niebezpieczne dla funduszu. Od tego roku nie może on wydać na refundację leków więcej niż 17 proc. z pieniędzy, jakie przeznacza na leczenie. Problem w tym, że NFZ może mieć kłopot z wyłapaniem tego momentu. Wszelkiego rodzaju odchylenia od prognoz finansowych mogą więc oznaczać brak pewności, ile jeszcze fundusz może wydać na leki ze zniżką. Taka huśtawka to nie najlepsza informacja dla pacjentów. A w końcu każdy minister zdrowia zapewnia, że to oni są najważniejsi. Szkoda, że nie zawsze widać to w praktyce.