Chociaż nie, nie odważyłabym się eksterminować tego chronionego płaza. Jednak rozważyłabym podrzucenie go na działkę największego wroga. Niech ma po kieszeni i w ogóle – kłopot.

Bo traszka grzebieniasta to groźne stworzenie. Może sprawić, że zostanę ubezwłasnowolniona we wszelkich prawach do mojej własności. Wystarczy, by ktoś doniósł gminie, że się u mnie na placu draństwo zalęgło. Wtedy rada gminy powinna uchwalić, że teren, który kupiłam za własne (albo gorzej: bankowe) pieniądze i zamierzałam z zyskiem sprzedać, jest użytkiem ekologicznym. A wtedy koniec. Nie będę mogła na nim niczego wybudować (bo mogłoby to wpłynąć niekorzystnie na prokreację traszek). I już nigdy nie znajdę kupca na moją działkę. No, chyba że wariata – milionera, w co jakoś trudno mi uwierzyć.

Niby mogę od samorządu domagać się odszkodowania za poniesione na rzecz ekologii straty, ale to tylko teoria. Raz, że lokalni włodarze nie są skorzy do płacenia. Dwa, że nieprecyzyjne przepisy sprawiają, iż za pomocą traszki (zająca bielaka, ryjówki średniej czy żaby zwinki – możliwości jest wiele) każdego w dowolnym momencie da się pozbawić prawa do jego terenu

O tym, że jest to realny kłopot, świadczy to, że co roku na podobne praktyki skarży się do rzecznika praw obywatelskich ponad pół setki osób. RPO rozważa zapytanie Trybunału Konstytucyjnego, czy chroniąc zwierzęta, nie naruszono czasem praw człowieka.

A na koniec: mój wrogu, śpij spokojnie. Nie podrzucę ci strasznej traszki, choćbym bardzo chciała. Przepisy zabraniają przenoszenia jej w inne miejsce.