Dobrym przykładem jest sprawa służbowych mieszkań dla niektórych (bo przecież nie wszystkim one przysługują) pracowników Ministerstwa Finansów. I nie chodzi o to, że te mieszkania dostają. To zrozumiałe, że gdy państwo wzywa obywatela, by służył narodowi w stolicy, to stara mu się na okres jej trwania zapewnić dach nad głową. Zrozumiałe tym bardziej, że z urzędniczej pensji niewiele by mu zostało, gdyby taki dach musiał wynająć sobie sam. Wtedy desperatów do takiej służby przyszłoby nam ze świecą szukać. Nie. Nie w tym rzecz. Ale w tym, że dostawszy taki bonus od państwa, pracownik ten, odciążony z konieczności płacenia czynszu według rynkowych stawek, nie musi od niego zapłacić podatku. A wszyscy inni muszą – czego i resort finansów, i urzędnicy w urzędach skarbowych pilnują z zadziwiającą wręcz skrupulatnością.

Gdy w takiej samej sytuacji znajdzie się zwykły pracownik zwykłej firmy, to niezależnie od branży i poziomu zarobków od zafundowanego przez pracodawcę mieszkania podatek płacić musi. Ba, musi też zapłacić za udział w firmowych imprezach integracyjnych. I to nawet wtedy, gdy ich uroków nie posmakował. Dla fiskusa nie jest ważne, czy w imprezie brał udział i wzbogacił się darmowym jedzeniem i napitkiem. Istotne jest to, że potencjalnie, gdyby chciał, mógłby się wzbogacić. Podobnie jak wtedy, gdy pracodawca opłaca mu abonament medyczny.

Jak to zatem jest, że gdy nie posmakujemy imprezowego piwa, na które chciał zaciągnąć nas szef i czemu daliśmy odpór, podatek płacić trzeba? A gdy urzędnik od szefa dostaje za półdarmo mieszkanie i je z radością przyjmuje, podatku nie ma? Czyżby dotyczyły nas inne przepisy? Chciałbym wierzyć, że nie. Że nie ma podwójnych standardów w tym, jak fiskus traktuje zwykłych dawców publicznego grosza i swoich. Przypominam, że jedną z podstawowych zasad, którą powinna się kierować administracja – również skarbowa – jest działać tak, by pogłębiać zaufanie obywateli do państwa. Moje zaufanie sprawa z mieszkaniami dla urzędników nadszarpnęła. Poczekam, aż ktoś raczy je odbudować.