Przez ten cały czas starałam się odpowiedzieć – sobie i czytelnikom – na pytanie: dlaczego w jednych placówkach (biorąc rzecz en masse) jest tak źle. I dlaczego w innych potrafi być tak dobrze. Wyjaśnił mi to jeden z doświadczonych nauczycieli pracujący w prywatnej, katolickiej szkole (wcześniej uczył w publicznej masówce): – Bo my, proszę pani, stawiamy w pierwszym rzędzie na wychowanie. Reszta sama przyjdzie później.

Ktoś zapyta, jaki jest związek pomiędzy uczeniem dziecka, aby mówiło proszę i dziękuję, a przyswojeniem przez nie ułamków dziesiętnych czy prawa Ohma. Jest, i to ogromny. Wpojenie małemu człowiekowi zasad współżycia w społeczności, zaszczepienie obowiązkowości, wdrożenie do samodyscypliny sprawi, że będzie chciał i potrafił się uczyć.

A od edukacyjnych kombinatów nastawionych na mechaniczną naukę rozwiązywania testów nie należy oczekiwać cudów.

Czas na kilka pytań: dlaczego ranga polskiej szkoły publicznej tak dramatycznie spadła? Dlaczego szacunek do nauczycieli trzeba wymuszać przepisami prawa karnego? Z jakiego powodu rozpadła się więź pomiędzy rodzicami a szkołą? Diagnoza jest prosta – prócz nietrafionych reform edukacji, obok finansowej nędzy, na którą wszystko lubimy zwalać, powodem jest ucieczka od wychowawczych priorytetów.

Dlatego wybierając placówkę, która ustawi wasze dziecko na całe dorosłe życie, wybierzcie tę, gdzie trzeba nosić biały kołnierzyk do mundurka. Od tego się wszystko zaczyna.