W „Dyktatorze” Charliego Chaplina jest taka scena, gdy władca Tomanii przepytuje swojego doradcę na okoliczność nastrojów w społeczeństwie. Ten referuje, a na koniec dodaje: No i ludzie skarżą się, że jest za dużo trocin w chlebie. Jak to?! – dziwi się Dyktator. – Przecież to najlepsze trociny, z najlepszego drzewa, z najlepszego tartaku!

Tak właśnie zachowują się urzędnicy w sprawie afery solnej. Wczoraj poznański Sanepid ogłosił, że przebadane próbki soli wypadowej, którą producenci – w większości pewnie nieświadomie – dodawali do żywności, nie są szkodliwe dla zdrowia. Co oznacza, że produkty ją zawierające nie zostaną wycofane z półek sklepowych. Jednocześnie przyznał, że taka sól nigdy nie powinna tam trafić, bo „nie spełnia żadnych norm sanitarnych”.

Konsumenci od tygodnia domagają się upublicznienia listy firm, które stosowały taką sól. Sprawa dotyczy naszego zdrowia, więc mamy prawo do informacji, argumentują. Prokuratura i sanepid twardo się bronią, twierdząc, że dopiero prowadzą śledztwo i nic nie jest przesądzone. Problem w tym, że nie upubliczniając tej informacji, narażają się na zarzut narażenia zdrowia konsumentów, jeśliby sól wypadowa okazała się jednak szkodliwa.

O co tu tak naprawdę chodzi? Jak zwykle, o pieniądze. Ujawnienie listy producentów może mieć katastrofalne konsekwencje dla branży. Utrata zaufania konsumentów, spadki obrotów, dodatkowo problemy z eksportem, bo nietrudno sobie wyobrazić, że będą zainteresowani, by wypchnąć polskie firmy z zagranicznych rynków.

Mówiąc wprost: interesy konsumentów i interesy producentów są tutaj sprzeczne i nie do pogodzenia. Państwo wybrało, które są ważniejsze. Do wyborców należy ocena, czy dobrze.