Internauci zwrócili mi uwagę, że ograniczenie biernego prawa wyborczego nauczycieli akademickich, którzy skończyli 65 lat, a nie mają tytułu naukowego profesora, wynika z ustawy o szkolnictwie wyższym, a nie wyłącznie ze statutów uczelni publicznych. To prawda. Pod ręką miałem tekst tej ustawy sprzed ostatniej nowelizacji i – przyznam się szczerze – do głowy mi nie przyszło, że akurat w tym miejscu nastąpiła tak niekorzystna zmiana z punktu widzenia zakazu dyskryminacji ze względu na wiek. A jednak... Okazuje się, że nie można być pewnym ani dnia, ani godziny – w każdym czasie ustawodawca potrafi nas zaskoczyć niemiłą niespodzianką, a wydawać by się mogło, że w miarę jak konstytucja obrasta orzecznictwem, tego rodzaju ewidentne naruszenia podstawowych praw zdarzać się już nie powinny.

Każdego roku na wokandę do Trybunału Konstytucyjnego trafia około stu spraw dopuszczonych do merytorycznego rozpatrzenia – to znaczy takich, w których wnioski o zbadanie konstytucyjności aktów normatywnych nie zawierają już żadnych błędów czy niedomogów formalnych. Z tego mniej więcej połowa spraw kończy się orzeczeniem o niezgodności z konstytucją zaskarżonych przepisów. Strach pomyśleć, jak wyglądałoby nasze prawodawstwo, gdyby Trybunału Konstytucyjnego nie było. Jak wyglądałoby nasze prawo uchwalane ze świadomością, że działalności legislacyjnej parlamentu już nikt nie kontroluje? A przecież nie wszystkie ustawy przechodzą przez sito trybunału – rzadko też trafiają tu rozporządzenia rządu. Może nawet przydałaby się jakaś rządowo-parlamentarna specgrupa do przejrzenia z pomocą ekspertów całego ustawodawstwa pod kątem standardów konstytucyjnych. Bo nie wszystkie niekonstytucyjności ustaw stają się na tyle dotkliwe dla ludzi, by od razu uruchamiały reakcję w postaci wniosków, pytań prawnych, skarg czy chociażby prób uruchomienia rzecznika praw obywatelskich.

Nie zawsze, a raczej rzadko niekonstytucyjność rzuca się w oczy z siłą oczywistości – czasami jest na tyle sprytnie obudowana pozorami poprawności, że ujawnia się dopiero w wyniku pogłębionej analizy. Bywa, że nikt nie miał złych intencji przy pisaniu ustawy, ale tak jakoś samo wyszło. Tym większe znaczenie ma więc debata publiczna, i to już na etapie rodzenia się samej koncepcji nowego rozwiązania ustawowego – dlatego tak ważne są konsultacje społeczne, bardzo uciążliwe dla projektodawców, rodzące zniecierpliwienie, ale niezbędne ze względu na efekt końcowy, który czasami może ujawnić dopiero w praktyce to, co jest na etapie legislacji zupełnie niewidoczne. Jesteśmy poza tym czasami mimowolnymi niewolnikami pewnych pojęć, konstrukcji, a nawet całych teorii, które przez lata odkładały się w naszej podświadomości, udając wręcz aksjomaty, powtarzane niczym mantra.

Ostatnio na przykład minister sprawiedliwości i jego otoczenie powtarzają przy lada okazji, że rząd odpowiada za prowadzenie polityki karnej. Jak tylko sięgnę pamięcią, zawsze to słyszałem – niezależnie od epoki. To, że powtarzano tak w czasach PRL, jest zrozumiałe – wtedy rząd za wszystko miał odpowiadać (choć nie tyle rząd, ile biuro polityczne partii dobrodziejki). Na początku lat 90. włączono prokuraturę do Ministerstwa Sprawiedliwości – też z takim oto uzasadnieniem, że rząd musi mieć przecież instrument do prowadzenia polityki karnej. Charakterystyczne, że nikt nigdy nie rozwijał tego wątku, po prostu powtarzano taką frazę, jakby była zrozumiała sama przez się i nie wymagała już żadnego dowodu. Ale wbita raz do głowy, służy później za uzasadnienie wielu innych koncepcji, konstrukcji, pomysłów itd. Czym była „polityka karna” w rękach rządu w latach 2005 – 2007, wszyscy – mam nadzieję – jeszcze dobrze pamiętamy. W efekcie wyłączono potem prokuraturę z Ministerstwa Sprawiedliwości. Teraz miałoby się ją jakoś znowu tak z ministerstwem czy parlamentem powiązać, by prokurator generalny był włączony do publicznej „rozmowy” na temat polityki karnej prowadzonej między nim a rządem przed parlamentem. Przyznam się szczerze: dziwna ta mowa – w każdym razie ja nic z tego nie rozumiem.

Według konstytucji rząd jest na co dzień odpowiedzialny za zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego państwa oraz porządek publiczny (art. 146 ust. 1 pkt 7). To, zdaje się, co innego niż polityka karna. Nie ma też mowy o polityce karnej w ustawie o działach administracji rządowej. Co by więc miało dziś oznaczać pojęcie „polityka karna”? Należy je najpierw zdefiniować, by można było wiedzieć, co oznacza ono dla Ministerstwa Sprawiedliwości dziś – bo do uzasadnienia czego zwykle służy, to mniej więcej już wiemy. Jeśli terminem „polityka karna” miałoby się szermować w odniesieniu do działań prokuratury (bo przecież nie w stosunku do sądów), to powstaje takie oto najprostsze pytanie: czy chodzi tu o położenie nacisku na ściganie pewnego rodzaju przestępstw, o szczególne uczulenie prokuratorów na jakiś typ postępowania karnego? Czy ma on częściej, czy rzadziej występować o areszty – których już prokurator od dawna nie stosuje? Czy przypadkiem nie trzeba ścigać wszystkich przestępstw, a areszty stosować tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne?