Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że jeśli tam na górze jest ten Pan Bóg, w co w jakimś sensie wierzyłam, to musi być bardzo zły, skoro nie wykorzystał swojej wszechmocy do tego, żeby tego chłopca uzdrowić - wspomina Maria Czubaszek w rozmowie z "Wprost" swoje wątpliwości, z jakimi się zmagała w wielu siedmiu lat.

To był mój pierwszy, dziecinny ateizm, który z czasem dojrzewał - przyznaje publicystka.

Potem, gdy umierała jej matka, pojawiły się kolejne wątpliwości.

Zapytałam księdza, który do nas przyszedł, dlaczego ona jest w pełni przytomna i tak panicznie boi się śmierci, skoro jest wierząca. Ksiądz odpowiedział, że to jest próba, nie tyle dla niej, tylko dla nas, bliskich. Nie chciałam, żeby Bóg mnie poddawał takim próbom. Chciało mi się płakać, ale czułam złość, że człowiek całe życie wierzy, że czeka tam na niego lepsze życie, a potem się tego panicznie boi - wspomina Maria Czubaszek. - Mówiłam do mamy: Przecież mama idzie do Pana Boga kochanego, czemu się mama martwi? Powinna się mama cieszyć, proszę mnie stamtąd pozdrowić!

Wątpliwości dręczyły ją do czasu, aż - jak przyznaje - uświadomiła sobie swoją wiarę w to, że żadnego Boga nie ma.

Mogę dziś za Lecem powtórzyć: "Dzięki Bogu, jestem ateistką" - podsumowuje Maria Czubaszek.