Taniec w żółtych kamizelkach odblaskowych. Wygrywanie melodii na pustych koszach na śmieci. Balet wielkich ciężarówek do muzyki kwartetu smyczkowego i zamiatanie ulicy z solo na harmonijce w tle. To nie są sceny, które kojarzylibyśmy z ludźmi odpowiedzialnymi za opróżnianie naszych śmietników i sprzątanie ulic. Zbieranie śmieci, opróżnianie koszy i sprzątanie ulic nie wiąże się z wysokim statusem społecznym. To praca, którą ignorujemy, a pracownicy, którzy ją wykonują, nie cieszą się takim statusem społecznym, jak inni robotnicy fizyczni, na przykład górnicy. A fakt, że zazwyczaj nie mają zbyt wysokiego wykształcenia, lokuje ich nisko na drabinie społecznej. Jako Anglik jestem na to szczególnie wyczulony, przecież jestem poddanym Jej Królewskiej Mości, a nie obywatelem. Jednak nawet obywatelska Polska ma swoją drabinę społeczną i podziały klasowe.

Oglądanie sprzątaczy i sprzątaczek w skomplikowanych układach choreograficznych, oglądanie ich elegancji i sprawności było głębokim i inspirującym doświadczeniem. „Trash Dance”, dokument pokazany w ubiegłym tygodniu na Warszawskim Festiwalu Filmowym, zajął choreografce Allison Orr ponad rok. Tyle czasu potrzebowała, by zdobyć zaufanie i zainspirować sprzątaczy i sprzątaczki z Austin w Teksasie, którzy ostatecznie stworzyli taneczny spektakl z udziałem siebie i swoich ciężarówek.

Film skłonił mnie do rozważań o naturze pracy i o tym, jak ją postrzegamy i oceniamy w naszym zglobalizowanym świecie. Chciałbym się z wami podzielić tymi przemyśleniami. Każdy pracownik ma swoją osobistą historię. Od samotnego ojca wychowującego córkę przez młodego, rapującego robotnika, kierowcę grającego na organach po pastora prowadzącego grupę młodych. Każdy z nich ciężko pracuje i poświęca się dla rodziny i przyjaciół. Sama praca ma swój rytm i wewnętrzną harmonię. Można ją wykonywać źle lub dobrze. Można ją wykonywać z radością i ze śmiechem lub ze smutkiem i z gniewem. Kluczowym czynnikiem w tym kiepsko opłacanym zawodzie (wielu ma drugą posadę, by związać koniec z końcem) jest przekonanie, że służy się wspólnocie i to, co się robi, jest wartościowe.

Wykonują swoją pracę dla pieniędzy, to oczywiste, ale najważniejszym ich motywem jest przekonanie, że dobrze służą przy tej okazji wspólnocie, w której żyją, czy to usuwając przejechanego kota z drogi, czy sprzątając lokalny rynek. Znaczenie Alvina Rotha polega na tym, że projektuje on rynki, na których głównym motywem działania jest pomaganie innym, a nie korzyści finansowe.

Kolejne raporty pokazują, że prawdziwa satysfakcja z pracy, a co za tym idzie z życia wynika z przekonania, że pomaga się innym. Istnieją również liczne dowody, że bodźce finansowe mogą być przeciwskuteczne. Wystarczy spojrzeć na fatalną postawę przepłacanych i przereklamowanych angielskich piłkarzy w ostatnim meczu z Polską albo fatalne konsekwencje premii oferowanych bankierom, które były jednym z głównych powodów kryzysu finansowego.

Praca jako taka, w której ludzie mogą się odnaleźć, rozwijać i dawać swój wkład, jest społecznie niedoceniana. Stworzyliśmy sytuację, w której praca jest doceniana tylko wtedy, gdy wytwarza nadwyżkę finansową, jaką można przeznaczyć na prywatne potrzeby. W rezultacie wykonywanie pracy, w szczególności fizycznej, traktowane jest jedynie w formie jednostek produkcyjnych. Tymczasem stoją za nią żywi ludzie, ze swoimi rodzinami i z problemami.

Szukamy najtańszych kontraktów, najtańszych dżinsów albo najtańszych środków czyszczących, ignorując wpływ, jaki ma to na pracę ludzi naprawdę za nią odpowiedzialnych. Problem po części polega na tym, że nie doceniamy wartości pracy. Skupiając się na ograniczonych kryteriach finansowych, deprecjonujemy te czynniki, które czynią pracę wartościową i dzięki którym ludzie wykonują ją dobrze.

To skłania mnie do kolejnej refleksji. Jeżeli szanujemy pracę jako taką, to musimy też szanować ludzi. To oznacza, że warunki zatrudnienia muszą być godziwe. Jeżeli praca ma być wykonana, trzeba za nią zapłacić. (Jestem ekonomistą, więc wiem, co to znaczy niedobór i koszty alternatywne). Obecny trend w sektorze prywatnym, który zmierza do umów śmieciowych i wykorzystywania stażystów jako bezpłatnej siły roboczej, musi zostać powstrzymany. To obecnie ważna kwestia w brytyjskich sądach. To samo dotyczy indywidualnych kontraktów w sektorze publicznym i premii jako głównego motywatora do pracy. Czy jesteś nauczycielem, czy pracownikiem pocztowym, pracujesz w zespole i twoje wyniki są wynikami wysiłku zespołowego. Ten argument odnosi się również do sektora prywatnego, gdzie zbyt często pracownicy są rozgrywani przeciwko sobie.

Przede wszystkim chodzi mi o przywrócenie godności pracy. Śmieciarz i bankier, kelner i księgowy muszą być tak samo oceniani pod kątem tego, na ile przyczyniają się do szczęścia i pomyślności współobywateli, a nie jedynie na podstawie wkładu do prywatnych interesów finansowych. Niech śmieciarze zatańczą!