Mira Suchodolska: „Żyjemy w czasach, w których egoizm, bezwzględny indywidualizm, bezlitosna konkurencja, walka eksterminacyjna osobnika z osobnikiem, każdego z każdym, są czczone i kultywowane jako główny system życia” – komentował Kazimierz Raczyński polską rzeczywistość, szukając powodów, dla których młodzi ludzie tak dalece zgubili wszelkie wartości moralne, że decydują się zarabiać na życie prostytucją. To było na początku lat 30. XX w. Jego komentarz można by umieścić dziś w dowolnej gazecie, nie zmieniając ani wyrazu. A my narzekamy, że dzisiejsza młodzież jest okropna.

Jacek Kurzępa*: Jak widać, młodzi w prosty sposób powielają nieodpowiedzialne, niedopuszczalne zachowania dzisiejszych dorosłych. Ale też zawsze młodzież jest rozchwiana, nieobliczalna i popełniająca błędy. Starość, a w każdym razie dojrzała dorosłość, to przechodzenie w stan stagnacji, kiedy to człowiekowi się wydaje, że posiadł już wszystkie mądrości i rozgryzł zagadki świata. To jest niemal nieprzekładalna perspektywa, bardzo trudno i jednej, i drugiej stronie spojrzeć na życie oczyma tych drugich. Jest to tym trudniejsze, że dziś pomiędzy pokoleniami murem staje technika. Młodzi ludzie funkcjonują w konwencji wielobycia, zwielokrotnionych tożsamości, są w kilku płaszczyznach naraz: tu rozmawiają z nami, tam wysyłają SMS-a, piszą do kolegi na portalu społecznościowym, robią zakupy w e-sklepie. Pokolenie 40-, 50-latków nie rozpoznaje tego świata, który młodzi oswoili i ujarzmili. Dlatego młodzi są dla nich najeźdźcami, bo oni ten świat chcieliby zagarnąć dla siebie.

Kiedy odszyfrowano pismo klinowe Sumerów, na jednej z tabliczek odczytano tekst zatytułowany „Skryba i jego zepsuty syn”. To dialog ojca z synem zaczynający się od rytualnego pytania: „Dokąd idziesz?”, na które pada równie rytualna odpowiedź: „Donikąd”. I dalej następuje to, co wszyscy znamy: tyrada ojca, że syn się leni, że nie ma szacunku dla ojca ani nauczycieli, że się nie uczy... Problemy sprzed ponad 4 tys. lat są wciąż żywe.

Margaret Mead w pracy „Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego” stawia tezę, że konflikt pokoleń nie zawsze musi zaistnieć. Aby wybuchła wojna, konieczne jest spełnienie kilku warunków. My żyjemy w czasach, kiedy ruchy kulturowe, technologiczne wychodzą od młodych, co już samo w sobie jest zarzewiem konfliktu. Na ten zaś nakłada się kolejny, między metropolią a prowincją, która wciąż jest zapóźniona technologicznie i kulturalnie. Młodzież z tej prowincji gromadnie migruje do dużych miast, gdzie przeżywa szok, zachłystuje się. Dzisiaj, a rozmawiamy w niedzielę, kiedy o 5.20 wysiadłem na dworcu w Warszawie, pierwszymi osobami, które zobaczyłem, były śliczne, młode dziewczyny opite jak bąki. To jest ten dzisiejszy styl życia młodzieży kawiarniano-pubowy, oni się tam spotykają, bandują, spędzają czas.

Teraz to z pana zgred wyłazi. Myślałby kto, że nigdy nie wracał pan wczesnym rankiem z imprezy na bani do domu. Ja nie widzę większej różnicy pomiędzy modnym stołecznym pubem a wiejską remizą sprzed kilku dekad. Wszędzie chodzi o to samo: żeby się spotkać, poderwać atrakcyjnego osobnika płci przeciwnej, zaszaleć, zabawić się w swoim gronie.

Pewnie, że wracałem, niejeden raz, z różnych imprez. Jednak co innego małe miasteczko czy wieś – dawniej i teraz – a co innego taka stolica. Chodzi o anonimowość, a więc bezkarność, brak kontroli. W swoich małych miejscowościach zawsze jesteśmy tym Jackiem czy Mirą od Józka czy Alki. Mój ojciec miał pewność, że się dowie, co wyprawiałem, i będzie mógł mnie do pionu przywrócić. Teraz w świecie, którego scenariusze tworzą młodzi, to dorośli muszą się dostosowywać. Nie tylko wciągać mięśnie piwne, żeby udowodnić, że zachowują młodą sylwetkę i wigor, lecz także nadrabiać technologiczne zaległości, co przychodzi im z dużym trudem. Są wyjątki, zwłaszcza wśród osób z wyższym wykształceniem, mieszkających w dużych miastach, ale nie wolno patrzeć na Polskę tylko z tej perspektywy. Więc na młodzież buszującą w wirtualnym świecie starsi patrzą z podejrzliwością, bo nie wiadomo, co ci młodzi tam wyprawiają. Pewnie jakieś bezeceństwa. Tymczasem z badań wynika, że to nasze dzieci zachowują się w sieci racjonalnie, używają internetu do komunikowania się, nauki, słuchania muzyki. Z kolei dorośli traktują go wybitnie rozrywkowo – plotkują na portalach społecznościowych oraz, głównie mężczyźni, czerpią z niego wiadomości sportowe i treści o charakterze pornograficznym.

Jeśli dorosły facet poogląda sobie trochę golizny, nic złego się nie stanie. Za to smarkacze wciąż nawalają w te głupie gry komputerowe, co powoduje, że stają się sfrustrowani i agresywni – to następna „mądrość” ulicy powtarzana także w poważnych dyskusjach. Tymczasem agresja funkcjonalna, niezbędna w grach, ale także przy wykonywaniu różnych zadań, jest czymś pozytywnym. W przeciwieństwie do tej emocjonalnej, która może znaleźć ujście na ulicach.

To niezrozumienie bierze się stąd, że dorosły tylko epizodycznie ma kontakt ze światem młodego człowieka. Na przykład zaglądając mu przez ramię, kiedy ten robi coś na komputerze. I jeśli widzi, że tam są jakieś strzały, krew się leje, zaczyna się martwić i denerwować. Gdyby zapytał: Po co w to grasz?, pewnie usłyszałby odpowiedź typu: Jak sobie pogram, to jest mi lżej, nerwy mnie opuszczają, złość ze mnie schodzi. Ale nie spyta, tylko myśli, że w grze chodzi o czystą przemoc. A przecież pokonywanie poszczególnych poziomów wymaga pomysłowości, wypracowania pewnej strategii, nie mówiąc o zręczności i koordynacji ręka–oko. W sposób wirtualny człowiek uczy się pewnych zachowań – mam tu na myśli nie to, jak walnąć przeciwnika, ale jak uniknąć niebezpieczeństwa, tego, że czasem lepiej uniknąć bezpośredniego starcia, przeczekać, żeby zwyciężyć. A więc używania głowy – co może wykorzystać w realnym życiu. Ludzie mają tendencję do uproszczeń w wydawaniu osądów. Stąd często nie doceniamy młodych ludzi.

Zamiast przyznać, że są w czymś lepsi, wolimy utyskiwać. Że głupi, zdemoralizowani, piją i ćpają, nie mają ambicji, tylko seks i inne głupoty im w głowie. Że agresywni i chamscy, że ja, panie, za moich czasów...

Bo zbyt rzadko, także w mediach, także w publicznych debatach, pokazujemy obiektywny portret świata wartości młodego pokolenia. Wpływ mają na to zarówno czynniki ideologiczne po stronie osób zaangażowanych w politykę, jak i merkantylne ze strony mediów. Ekstremizmy wszelkiego rodzaju bardziej angażują szeroką publiczność, więc lepiej sprzeda się młody zły, uliczny wandal, łobuz atakujący nauczycieli. Dobro nie jest tak atrakcyjne. Bardzo bym chciał, żeby więcej się mówiło o osobach takich jak moi studenci. Ludziach, którzy z cholerną determinacją dążą do tego, żeby uzyskać dyplom, często pracując przy tym na dwa etaty i nie dojadając. Oni mają cele, swoje idee, ale nie noszą sztandarów, nie przyklejają sobie etykietek na czole. Są dyskretni.

Jednak na forum publicznym każdego dnia odbywa się stygmatyzowanie poszczególnych grup. A to mamy głupie lemingi, a to bandytów kibiców. Choć to właśnie kibice Legii opiekują się domami dziecka czy wysyłają paczki Polonusom na Wschodzie.

To ładny przykład. I o to mi właśnie chodzi, żeby przedstawiać obiektywny obraz. Nie demonizować ani nie gloryfikować. Bardzo ciekawe rzeczy wychodzą z badań, które właśnie kończę, dotyczących kariery zawodowej absolwentów szkół wyższych z Dolnego Śląska. Pierwsze spostrzeżenie jest takie, że oni dopiero teraz, z poślizgiem, zdali sobie sprawę z tego, że nie wykorzystali we wczesnej młodości wielu szans. I są wściekli. Głównie na system, który nie stworzył im odpowiednich warunków do rozwoju, do poszerzania kompetencji. Na to, że musieli pracować przy garach czy jako barmani i teraz nie mają czego wpisać do CV, żeby je wzbogacić. Nie potrafili planować przyszłości z dużym wyprzedzeniem.

Ale jak sam pan zauważył, zostali do tego zmuszeni, np. do dorywczej pracy, żeby móc się na tych studiach utrzymać. A te wszystkie wzbogacające staże to często u nas fikcja. I w dodatku rzadko chcą za nie płacić.

Dlatego, zauważam z satysfakcją, rośnie świadomość tego, jak ważne są kontakty międzyludzkie, koleżeńskie, że warto hołubić i wykorzystywać koneksje. W dobrym tego słowa znaczeniu. W wywiadach absolwenci opowiadają: Jeden z kumpli wpadł na pomysł, żeby założyć firmę. Był mądrzejszy od nas. Ale powiedział: Chodźcie, będziemy razem pracować, mam do was zaufanie. Taki sposób myślenia daje nadzieję na przyszłość. Podobnie to, że te ostatnie roczniki coraz częściej wiążą swoją przyszłość z Polską, nie chcą emigrować za pracą. I mają bardzo umiarkowane, zracjonalizowane oczekiwania finansowe. Ich aspiracje to 3–4 tys. zł miesięcznie, z wyjątkiem absolwentów bankowości, bo ci mówią już o 6–7 tys. zł. Poprzednie roczniki były bardziej wymagające i roszczeniowe. Ktoś może powiedzieć, że to taka mała stabilizacja, brak ambicji. Ja to oceniam raczej jako pragmatyzm. Zdają sobie sprawę, że jeśli zostaną w kraju, będą zaczynali od małego, ale mają szansę piąć się i w przyszłości wykorzystać swoje wykształcenie. Jeśli wyjadą, będą skazani na bycie „fizycznymi”.

Taka ta młodzież mądra i ambitna, taka grzeczna. Ma tak wielki pęd do wykształcenia. Jednak słyszymy częściej o tej, która nakłada nauczycielom kubły na głowę, przeszkadza w prowadzeniu lekcji. Tak się zastanawiam, czy faktycznie gorzej się dzieciaki zachowują, czy znów winien jest przekaz. Postęp techniczny, który pozwala sfilmować smartfonem to, co się dzieje na lekcji, i wrzucić to do netu. Ja nie byłam aniołkiem w szkole, zamknęłam kiedyś swojego profesora w komórce, woźny po kilku godzinach dopiero go uwolnił. Teraz pewnie stanęłabym przed sądem za napaść na urzędnika publicznego. A pan co najgorszego zrobił nauczycielowi?

Wybiłem okna w mieszkaniu rusycysty. Bo moim zdaniem niesprawiedliwie postawił mi dwóję, więc śladem braci Karamazow postanowiłem sam wymierzyć sprawiedliwość. Potem najadłem się strachu, to samo w sobie było niezłą karą, ale nigdy mnie nie złapali. Ale tak, nie było wówczas tej histerii towarzyszącej dziś różnym wydarzeniom szkolnym, nie przyjeżdżała policja, nie zjawiali się reporterzy. Sprawy szkolne załatwiało się w szkole, dyskretnie. Zmedializowana współczesność natychmiast przenosi wszystko w światła jupiterów. I, co najgorsze, poddaje publicznemu osądowi. Komentarze na forach czy pod filmami na YouTubie są przykładem bezeceństwa języka, bohaterów przekazu odsądza się od czci i wiary, pozbawia godności, człowieczeństwa. Czy tylko młodzi ludzie piszą tego typu posty? Nie. I obawa przed upublicznieniem tego, co się dzieje np. w klasie, sprawia, że część nauczycieli boi się reagować. To nakręca spiralę. Inna całkiem sprawa, że kolejnym powodem, dla którego tak się dzieje, jest brak wspólnego frontu między szkołą a rodzicami w walce o dobre zachowanie, wyniki ucznia. Uczestniczę w różnego rodzaju forach, na których są nauczyciele. Skarżą się, że na wywiadówkę klasy liczącej dwudziestu paru uczniów przychodzi po 6–7 osób.

Jednak to wina dorosłych, nie młodzieży. Myślę, że warto by było zbadać, skąd ta głęboka nieufność między społeczeństwem a szkołą. A może pewne zachowania i dysfunkcje to symbol naszych czasów? Odwołam się do przytoczonego na początku rozmowy cytatu: mamy, jak w II RP, kryzys, ludzie są zapracowani, gonią za groszem, następuje rozpad rodziny. Więc wychodzą pewne patologie.

Prawdą jest, że czas poważnej transformacji systemowej, jak ten po I wojnie światowej czy na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, wyzwala, także systemowo, cały ciąg patologii. To naturalne. Zachowania patologiczne i dysfunkcjonalne pod wpływem okoliczności się wypiętrzają. Tyle że my od 1999 roku jesteśmy już w nowej fazie – stabilizacji systemu.

Ale mamy kryzys.

Statystyki pokazują raczej spadek przestępczości wśród dzieci i młodzieży. W dodatku mniej jest popełnianych przez nich poważnych czynów kryminalnych. Jedynym poważnym problemem, z którym nie potrafimy sobie poradzić, jest narkomania. Jako terapeuta nie widzę zmniejszania się liczby młodych pacjentów czekających w kolejce do ośrodków odwykowych i oddziałów detoksykacyjnych. To tym smutniejsze, że problem dotyczy głównie gimnazjalistów i licealistów. Biorą głównie kupowane w sieci dopalacze. Całkiem legalnie, bo ustawodawca nie nadążą za pomysłowością producentów, którzy tak manipulują składem substancji czynnych, że zanim się ich zakaże, już pojawiają się nowe.

I na tym powinien się skupić aparat ścigania, zamiast łapać dzieciaki ze skrętem, jeśli chce pan znać moje zdanie. Inna sprawa, że każda epoka ma swój narkotyk. Przed wojną oprócz spożywania alkoholu przez młodych problemem było to, że upijali się tzw. drepą, czyli roztworem wodnym eteru. Bo był tańszy od wódki.

Każda społeczność i każdy czas mają swoje substancje pozwalające wejść w odmienne stany świadomości. Problemem jest dostępność. Dziś – nieograniczona. Kiedyś środki odurzające były jednak limitowane. W tym sensie, że mogli po nie sięgnąć tylko niektórzy, wybrani. I ich spożywanie było w jakiś sposób zrytualizowane. Narkotyki w pierwotnych społeczeństwach były używane podczas świąt plemiennych, służyły cementowaniu więzi. Alkohol, z wyjątkiem patologii, pity był jednak okazjonalnie. Dziś nie potrzebujemy okazji, a raczej okazja jest nieustannie. W tym problem.

Tak uporczywie wracam do czasów II RP, ponieważ lubimy ją idealizować. Mówić o tym, jaka ówczesna młodzież była dobrze wychowana, jaka karna. A jest to zwyczajne bajanie. Popełniała te same przestępstwa i wykroczenia co współczesna: od ucieczek z domu, poprzez kradzieże, bójki, po czyny nieobyczajne. Albo wandalizm, który polegał wówczas głównie na podpalaniu oraz niszczeniu sieci elektrycznych i transformatorów.

Można na to spojrzeć optymistycznie, że nasi antenaci są blisko spokrewnieni z nami, jeśli chodzi o fantazję przestępczą. Lub pesymistycznie, że nie udaje nam się wymyśleć nic oryginalnego. No, zauważam pewne różnice, kiedyś twórczość artystyczna – typu rysowanie po ścianach – odbywała się głównie w kiblach. Dziś opanowuje całe mury. Kiedyś na Sorbonie analizowałem wielojęzyczne wpisy umieszczone na ścianach toalet. Przeciekawa lektura. Niemniej wcześniej czy obecnie, zawsze chodziło i chodzi o jedno – o krzyk. Niezgodę na coś, na co nie mamy wpływu – np. „CHWDP” albo „Hela to k...a”. Lub przeciwnie, jakąś afirmację, że Janek kocha Helę. Chodzi o wyrażenie siebie, zaznaczenie własnej tożsamości, własnego terenu. Obsikanie miejsca, jak „Cała Polska w cieniu Śląska”.

Kiedy się jedzie przez nasz kraj samochodem, po samych hasłach kibicowskich na wiaduktach można się zorientować, gdzie się jest. Nie trzeba do tego GPS ani mapy.

W ten sposób akcentujemy swoją terytorialność. Dajemy wyraz neoplemienności. Plemion już nie ma, za to są choćby właśnie społeczności kibicowskie, grupy na portalach społecznościowych, a także, choć coraz rzadziej, subkultury młodzieżowe. To proste, atawistyczne mechanizmy – potrzeba przynależności, zakorzenienia, konfrontowania się z innymi podobnymi do siebie. Wielka potrzeba akceptacji. Współczesny świat jest pustynią nomadów, wciąż się przemieszczamy, rzeczywistość za oknem się zmienia. Jednym to odpowiada, czują się obywatelami świata. Są przybyszami znikąd, gotowymi zawsze ruszać w drogę i szukać dalej. Inni, a jest to większość, potrzebują jednak, choćby symbolicznego, powrotu do gniazda. Poczucia przynależności i lojalności wobec jakiejś wspólnoty, która jest wyjątkowa, wyrażana przez wartości, symbole i hasła. Unikatowa. Neoplemienność to substytut tego, co było w przeszłości, ale tak samo ważna. Choć czasem budzi uśmiech, jak chociażby sekwencje rytualnych gestów powitań, te wszystkie żółwiki, ekwilibrystyka gestów, która jednak ma wpływ na poczucie przynależności.

I stąd te wszystkie nawalanki. Nasi na wasi, ulica na ulicę, drużyna na drużynę. Ostatnio przeczytałam świetną książkę, „Ostatni samuraj”, o generale Petelickim. To rozmowy z ludźmi, którzy przyjaźnili się z twórcą GROM, niektórzy od wczesnej młodości. I chwalą się w niej swoimi młodzieńczymi walkami, kiedy to Czerniaków szedł na Pragę albo na odwrót, krew się lała, wybite zęby leciały na bruk. A dziś piętnujemy wybryki wynikające z eksplozji młodzieńczego testosteronu. Mówimy: bandyci. Nie da się skanalizować dorastania mężczyzn, każąc im grać w szachy czy nawet w piłkę nożną.

No, nie da. Ustawki kibicowskie czy rywalizacja między wsiami to absolutnie normalna kolej rzeczy. Nasz klub, nasza ekipa, musimy pokazać, kto lepszy, bardziej honorny, kto jest samcem alfa, kto wymięka. Tego typu relacje są substytutem możliwości, które mieli młodzi ludzie wiele lat wcześniej, których musieli doświadczać. Choćby konfliktów zbrojnych czy służby wojskowej. Łącznie z falą, którą jeśli taki młody mężczyzna przetrzymał, był pasowany do społeczności męskiej. Teraz brak takich inicjacyjnych momentów, rytuałów, wiążących się z pokonaniem własnej słabości, oswojeniem bólu, wykazaniem niezłomności i siły. A tym samym zyskania szacunku i miejsca w szeregu prawdziwych mężczyzn.

Mój ulubiony rytuał to taniec słońca Indian z plemienia Czarnych Stóp, kiedy po okresie postu i samotnego przebywania w lesie przywiązywano kandydatów na wojowników do swoistej karuzeli. Sznurami przeciągniętymi przez mięśnie.

I nie zważając na ból, musieli się uwolnić. Ale to byli Apacze, wojownicy. Dziś brakuje młodym mężczyznom wzorców męskich, więc sami sobie radzą w grupach, jak umieją. Kiedyś ojciec po siódmych urodzinach syna brał go pod swoją pieczę. Chłopiec uczył się odpowiedzialności, choćby w ten sposób, że będąc giermkiem, musiał podawać ojcu wyczyszczoną zbroję czy dbać o konia. Dziś dzieciak dostaje pieska na imieniny i po tygodniu się nim nudzi. Dlatego imponuje mi mój przyjaciel, który ze swoim 6-letnim synem buduje domek na drzewie. I jeśli nawet malec uderzy się w palec i zacznie płakać, ojciec nie wyśmiewa go ani nie pociesza. Mówi: Wiem, że cię boli, ale mężczyzna potrafi sobie dać radę z bólem. Tak się wychowuje rycerzy. Tymczasem badania wykazują, że zamiast rycerzy mamy chwiejnych emocjonalnie młokosów. Nie potrafią się komunikować za pomocą argumentów, a jedynie siły lub krzyku. I uzyskują większe wzmocnienie w postaci podobnych im osób, z którymi kontaktują się w sieci. Ich najgłupsze pomysły uwieczniane na filmach, tzw. jackasach, znajdują w sieci aprobatę. Nie ma tam dorosłych, którzy będą ich mitygować, tylko rówieśnicy, którzy skomentują: Jesteś niezły, rób tak dalej, niezłe jaja. Mają większą publiczność, niż nasi przodkowie mogliby marzyć.

A więc jednak pana złapałam, nasze małolaty są gorsze. Bo gorzej wychowywane, mniej odpowiedzialne. Powiem tak: za bardzo się z nimi cackamy. Narzekamy na system, toksyczność rodziców i ciężkie dzieciństwo. Każdy morderca-pedofil, który zgwałcił, zamordował, a potem zjadł niemowlaki, opowiada przed sądem, że matka była zbyt wymagająca, a ojciec obojętny.

Nie gorsze, ale mniej odpowiedzialne. Faktycznie.

To może zamiast się nad nimi pochylać, roztkliwiać albo ich oskarżać, dajmy zadziałać naturalnej selekcji. Jest coś takiego jak nagroda Darwina, przyznawana tym, którzy byli na tyle durni, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się ich słabych genów.

Nie odpowiem, bo takie rozwiązania nie są bliskie mojej wrażliwości. Czasem bywam wściekły na podopiecznych, ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że różne głupie rzeczy, które robią, to nie ich wina. Tylko dorosłych.

Jak wspomniane na początku tej rozmowy kupczenie własnym ciałem. W II RP prostytucja wśród nieletnich była uznawana za wielki problem społeczny. Dziś spowszechniała, stała się masowa i pozbawiona społecznego odium. Przyzwyczailiśmy się do anonsów: Szukam sponsora. Co najwyżej można nakręcić o tym film.

Znów musiałbym mówić o technologicznym postępie, który w tym przypadku daje osobom uprawiającym nierząd większą anonimowość. I o braku kontroli społecznej. Kiedyś, żeby złapać klienta, trzeba było wyjść na ulicę, stanąć w jednym z miejsc, na lokalnym pigalaku, w których obecność od razu stygmatyzowała. Dziś nie ma takiej potrzeby. Jednak uważam, że cywilizacyjnie zrobiliśmy wielki krok do przodu. W każdym razie w sensie uświadomienia światu, że jest wielka potrzeba chronienia niewinności dziecięcej. Wprawdzie wciąż zdarzają się idiotyczne wyskoki, jak np. pomysł obniżenia wieku dozwolonej prawnie inicjacji seksualnej, ale na szczęście spotyka się to ze zdecydowaną odmową. Skutecznie napiętnowane zostało zjawisko pedofilii, kiedyś otoczone zmową milczenia, spotykające się z cichym przyzwoleniem w pewnych środowiskach. Ja od lat badam ten problem. I rozumiem mechanizm wchodzenia młodych ludzi w seksbiznes. To z jednej strony często chęć poprawienia sobie standardu życia. Z drugiej ciekawość, potrzeba seksualnego sprawdzenia się. Na różnych portalach pojawiają się ogłoszenia w rodzaju: Chcę spróbować, jak to jest. Młodzi nie mają świadomości zagrożenia, tego, że taki kontakt, dotyk, może zrujnować ich życie. Że np. w przypadku młodych chłopców będą musieli chodzić w pampersach do końca życia. A dziewczynki nie będą w stanie nigdy nikomu zaufać. Albo odróżnić, czym jest prawdziwa miłość, prawdziwe uczucie od penetracji. Ale dorośli powinni wiedzieć, co się dzieje z dzieckiem, kiedy się je „przeleci”. Więc to nie młodzi są zdemoralizowani, tylko dorośli są okrutni.

*prof. Jacek Kurzępa socjolog młodzieży i wykładowca we wrocławskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Na podstawie jego prac badawczych powstały scenariusze do filmów „Yuma” Piotra Mularuka i „Świnki” Roberta Glińskiego. Współautor Falochronu dla Dolnego Śląska i Falochronu dla Śląska – programów wsparcia dzieci i młodzieży w ich rozwoju