Bezrobocie jest w Polsce bardzo wysokie. Jest oczywiście prawdą, że wśród zarejestrowanych bezrobotnych jest pewna liczba takich, którzy albo pracują na czarno, albo pracy de facto podjąć nie chcą. Ale jest też spora grupa bezrobotnych, którzy się nie rejestrują (albo nie mają takiej możliwości). Generalnie nie ma powodów, by współczynnik 14 proc. bezrobocia kwestionować. Czy wysokie bezrobocie (powiedzmy ponad 6 proc.) musi być w Polsce trwałe? Nie musi, ale jest to prawdopodobne.

Zwalczanie bezrobocia jest dziś najczęściej utożsamiane z trojakiego rodzaju działaniami: deregulacją rynku pracy, szkoleniem bezrobotnych oraz mikroekonomiczną stymulacją finansową (różnego rodzaju ulgi podatkowe) i wprowadzaniem ułatwień dla przedsiębiorców. Pewne nadzieje wiąże się też z polityką pieniężną nacelowaną przede wszystkim na potanienie (dzięki redukcji stóp procentowych) inwestycji.

Można więc powiedzieć, że polityka przeciw bezrobociu koncentruje się na stronie podaży. Nie negując potrzeby działań w każdym ze wspomnianych obszarów, można jednocześnie mieć wątpliwości, czy – przynajmniej w krótkim i średnim okresie – ta polityka jest optymalna. Wprawdzie poziom oszczędności w polskiej gospodarce nie jest wysoki i można to uznać za barierę wzrostu w długim okresie, jednak obecnie rozmiary produkcji (a więc i zatrudnienia) określone są przez stronę popytu.

W tej sytuacji główne lekarstwo, tzn. deregulacja, może działać – per saldo – przeciwskutecznie. Przecież w ostatecznym rachunku deregulacja prowadzi do obniżki kosztów pracy (lub ograniczenia tempa ich wzrostu), a dochody płacowe (także pochodzące ze świadczeń społecznych) są w przytłaczającej części wydatkowane na zakup dóbr standardowych, pochodzących przede wszystkim z produkcji krajowej. Deregulacja to więc nie tylko obniżenie kosztów produkcji, ale i ograniczenie popytu. Zresztą wątpliwe, by elastyczność zatrudnienia względem kosztów pracy była wysoka, ponieważ w wielu sektorach gospodarki praktycznie dostępna jest tylko jedna technologia, a więc rozmiary zatrudnienia są wyłącznie funkcją rozmiarów produkcji. Ponadto – to bardzo ważne – dalsza deregulacja rynku pracy w Polsce musi prowadzić do podważania utrwalonych standardów wykonywania pracy, więc musi generować silne społeczne napięcia.

Szkolenia i selektywne ułatwienia finansowe wydają się być bardzo nisko efektywne i nie tyle sprzyjają powiększeniu ogólnego zatrudnienia, ile zmianom w jego strukturze. Pracownicy lepiej przygotowani do wykonywania pracy (zakładając optymistycznie, że taki jest efekt szkoleń) wypychają tych gorzej przygotowanych. Przedsiębiorstwa korzystające z ulg zyskują dodatkową przewagę nad tymi, które się na ulgi nie załapią. Oczywiście dystrybucja szkoleń i ulg narażona jest na lobbingowe naciski.

Perspektywa znaczącego ograniczenia bezrobocia w horyzoncie kilku lat jest nierozerwalnie związana z wejściem na ścieżkę wyższego wzrostu – prawdopodobnie nie mniej niż 4 proc. PKB średniorocznie. Niestety, nie widać, dlaczego miałoby się to dokonać w sposób naturalny (dzięki impulsom płynącym z wolnego rynku). Na starcie konieczne jest pobudzenie inwestycji, które nie mogą być uwarunkowane oczekiwaniem uzyskania przyzwoitej stopy zwrotu na zaangażowanym kapitale. Muszą to więc być inwestycje dokonane ze środków publicznych: w zakresie infrastruktury lub np. budownictwa mieszkaniowego.

Jednak zwiększone inwestycje publiczne nie mogą być sfinansowane na drodze powiększenia deficytu. Konieczne jest powiększenie obciążeń podatkowych, lecz żeby nie wywołało to znaczącego ograniczenia popytu, wzrosnąć mogą tylko podatki dochodowe od zamożnych grup ludności.

Ten postulat łatwo sformułować, ale ocena w kategoriach ekonomii politycznej na pewno nie napawa optymizmem. Grupy uprzywilejowane to grupy wpływowe. Co więcej, główna partia rządząca uzyskała swoją pozycję przede wszystkim dzięki poparciu właśnie zamożnych grup, więc trudno sobie wyobrazić, że podejmie politykę sprzeczną z – przynajmniej krótkookresowymi – interesami własnego elektoratu. Konsekwencją będzie prawdopodobnie przedłużanie się okresu z wysokim bezrobociem. To oczywiście także nie jest dobre dla rządzących. Cóż, nieraz rząd nie ma dobrego wyjścia i jest skazany na porażkę. Dobrze funkcjonująca demokracja gwarantuje w takiej sytuacji odpowiednią zmianę polityczną. Ale czy polska demokracja dobrze funkcjonuje?