Wystarczy przytoczyć kilka danych: większość twierdzi, że co tydzień robi uczniom kartkówki, a są i tacy, którzy deklarują, iż także co tydzień wypisują świadectwa oraz wykonują czynności związane z wydarzeniami zewnętrznymi. Mogę się domyślać, że owa deklarowana nadaktywność wynika z chęci wydania się lepszym, bardziej pracowitym i zaangażowanym, niż jest się faktycznie. A na pewno więcej pracującym, niż wszyscy myślą. Dziwi jednak to, że ludzie, wydawałoby się, na poziomie, zrobili to samo, za co irytują się na swoich uczniów piszących klasówki: nie pomyśleli. I wyszły głupoty, z których teraz mają ubaw wszyscy. Ja nie mam wątpliwości, że aby dobrze wykonywać swoją pracę, pedagog musi się do niej przygotować. Żeby być dobrym nauczycielem, trzeba czytać książki, dokształcać się, generalnie – rozwijać. Tyle tylko że wcale nie jestem przekonana, czy te czynności należy doliczać do czasu pracy. Bo jeśli tak, to proponuję, aby przestać się ograniczać i od razu zadeklarować 24 godziny, które przeznaczamy na taką czy inną robotę. Bo przecież nawet kiedy śpimy, to serce pompuje krew odżywiającą nasz mózg. A to przecież narzędzie naszej pracy. No i czasem jeszcze nam się nawet śni szkoła.

Ale żeby była jasność, nie do nauczycieli mam pretensję, tylko do minister Krystyny Szumilas, która jako osoba pełniąca nadzór nad Instytutem Badań Edukacyjnych, w powstawaniu tego raportu miała udział. A teraz, kiedy okazał się źle przygotowany, niemerytoryczny i w ogóle jest klapą, zachowuje się, jakby jego sporządzenie zlecili wrogo nastawieni do ludzkości kosmici. Zamiast walnąć się w pierś, przeprosić, jest w stanie jedynie zawodzić, że to instytut wszystkiemu jest winny. Nie świadczy to najlepiej o jej klasie i odwadze cywilnej. I – niestety – o kondycji tego zawodu.