Oczywiście uczony może mieć pomocników, może także pracować w zespole, jeżeli jest to stosowny typ działania: terenowe badania socjologiczne czy etnograficzne. W olbrzymiej większości przypadków uczony jest jednak sam z kartką papieru, czy, jak teraz, z laptopem. Obecność innych przeszkadza, a nie pomaga. Wie o tym doskonale każdy humanista z prawdziwego zdarzenia. Przecież te setki czasopism fachowych (niemal nikomu nieznanych) czy prac zbiorowych powstających w szczególności w Stanach Zjednoczonych to rezultat konieczności publikowania ze względu na karierę (publish or perish) i bardzo rzadko znajdziemy w nich dzieła wybitne.

Nawet wielcy historycy, którzy mogliby korzystać z pomocy inteligentnych asystentów przy przeglądaniu archiwów, robili i wciąż to robią sami. W okresie międzywojennym znakomity Francois Braudel pisał swoje niedoścignione dzieło na temat historii cywilizacji, polityki i kultury basenu Morza Śródziemnego, dzieło pełne pasjonujących szczegółów, zupełnie sam przez dwadzieścia lat. Czy kogokolwiek dzisiaj byłoby stać na tyle lat pracy bez grantu, oceny, parametryzacji itd.? Stać nie finansowo, lecz z punktu widzenia sposobów oceniania wyników pracy uczonego. Znakomity również Timothy Snyder spędza wiele czasu w archiwach w najdziwniejszych miejscach Polski, Ukrainy, Austrii i innych krajów. Może sobie na to pozwolić, gdyż jest profesorem wielkiego uniwersytetu amerykańskiego i nie musi już niczego nikomu udowadniać. Każdy, kto pracował samotnie w archiwum, wie, jak to pachnie (dosłownie – zapach starych dokumentów) i na jakie można trafić niespodzianki zarówno in plus, jak i in minus.

A tu dostaję do recenzji projekt pracy zbiorowej, zgodny z wymogami współczesnej grantodawczości. Pani profesor z jednego z uniwersytetów norweskich chce badać wspólnie z uczonymi z Macedonii i Portugalii (w sumie osiemnaście osób) recepcję „Makbeta” w Zairze. Potrzebuje na to milion dwieście tysięcy euro i zapewne dostanie, bo to jest klasyczny przykład nowoczesnej humanistyki, czyli ucieczki od sensu i od samotności. I od indywidualnej odpowiedzialności.

Zjawisko to jest widoczne również w europejskich systemach oceniania. Jeżeli ktoś sam w samotności chce napisać monografię, to raczej niech nie liczy na pieniądze z instytucji zewnętrznych, a ponadto książka taka oceniana często jest niżej od artykułu w pracy zbiorowej opublikowanej w obcym języku przy udziale międzynarodowej grupy wyrobników nauki.

Filozof, jeszcze bardziej niż historyk, jest sam. Niektórym pomocna bywa rozmowa na seminarium czy na konferencji, innym nie. W wielu dziedzinach humanistyki nie warto zabiegać o publiczność zagraniczną, gdyż historia Polski, a tym bardziej gramatyka języka polskiego lub etnograficzne rozważania po prostu nie mają powodu interesować publiczności obcojęzycznej. A to oznacza, że się jest z góry skazanym na drugorzędność w opinii grantodawców. Wniosek z tych rozważań płynie jeden. Trzeba mieć dużo pieniędzy własnych (jak profesor hrabia Stanisław Tarnowski) lub wyjątkowo mądrego sponsora, żeby uprawiać humanistykę. Bez tego jest się skazanym albo na produkcję nieustanną i mierną, albo na produkcję mierną i nieustanną.