Różnica pomiędzy tymi wydarzeniami jest taka, że w Polsce w 1981 r. nikt nie ogłosił faktu naszej niewypłacalności i zaprzestania spłaty i obsługi długu. Grecja, która w końcu zdecydowała się na redukcję swoich zobowiązań w 2012 r., w oficjalnej wersji była krajem, który uniknął bankructwa, tyle że w rzeczywistości przeprowadzenie restrukturyzacji długu nie jest niczym innym jak tylko upadłością kraju. Detroit od pewnego czasu próbowało się dogadać z wierzycielami, okazało się jednak, że wniosek o formalną upadłość jest najskuteczniejszym rozwiązaniem, gdyż tylko w ten sposób miasto może się najszybciej odrodzić. Teraz fundusze emerytalne miejskich pracowników, które zainwestowały w obligacje miasta, za każde 100 dol. mogą oczekiwać 10. To chyba najlepiej uzmysławia skalę problemu.
Na czym polega upadłość miasta? Przede wszystkim na jasnej i przejrzystej procedurze renegocjacji długów i spłacie ich wierzycielom. Miasto Detroit nie znalazło się nad przepaścią wczoraj, proces upadku ciągnie się od lat 70., kiedy to w wyniku wzrostu cen ropy i poszukiwania bardziej oszczędnych samochodów konsument amerykański zainteresował się (i to na stałe) autami japońskimi. W efekcie w ciągu dekady z miasta wyemigrowało prawie pół miliona mieszkańców. W kolejnych latach proces ten był kontynuowany, tym razem z powodu rewolucji technologicznej, w wyniku której praca rąk ludzkich była stopniowo zastępowana przez maszyny. Proces ten nasilił się w ostatniej dekadzie i pogłębił go jeszcze kryzys finansowy. W połowie lat 50. w Detroit mieszkały prawie 2 miliony osób, w latach 90. już tylko milion, obecnie 700 tys. O ile jeszcze w 2000 r. w przemyśle samochodowym miasta pracowało 300 tys. osób, to w 2010 r. niespełna 120 tys. Ostatnie dwa lata to okres niewielkiej poprawy ze wzrostem zatrudnienia do 150 tys.
Głównym problemem miasta przez lata było uzależnienie od jednego przemysłu, nie udało się stworzyć dlań alternatywy, a wraz ze wzrostem konkurencji globalnej, szczególnie wejściem w życie porozumienia NAFTA, miasto z każdym rokiem traciło swoje przewagi. No i to niespotykane jak na standardy amerykańskie uzwiązkowienie, które utrudniało dostosowanie do zmian, co na stałe przyczyniło się do utraty przewagi konkurencyjnej w stosunku do producentów japońskich. Szacuje się, że w 2005 r. koszt produkcji przez wielką trójkę producentów (Ford, GM, Chrysler) był od 350 do 500 dol. wyższy na jednostkę wyprodukowanego samochodu w stosunku do porównywalnej produkcji japońskiej. Rezultatem były spadek udziału w rynku i emigracja mieszkańców. Z kolei stały odpływ mieszkańców skutkował kurczeniem się dochodów i coraz większą presją na wydatki socjalne. Obecnie ponad 80 proc. mieszkańców miasta określa się jako czarni lub Afroamerykanie, którzy tak naprawdę nie mają dokąd wyjechać. Ponad 40 proc. budżetu miasta przeznaczane jest na wynagrodzenia, a kolejne 40 proc. na zasiłki. Zadłużenie miasta wynosi 18 mld dol., a kolejne budżety zamykają się z deficytem. A ratować Detroit stan Michigan ani też rząd federalny nie zamierzają.
Dużo w tym podobieństw z Grecją, i trochę do komunistycznej Polski. Spójrzmy, co łączy w szczególności Grecję i Detroit: stała utrata konkurencyjności, rosnące zadłużenie, oczekiwanie, że ktoś na pewno pomoże, związki zawodowe nierozumiejące zmieniającej się rzeczywistości i brak umiejętności zmiany kursu przez rządzących. Przez całe lata. W obu przypadkach jedyny sposób to upadłość, redukcja zadłużenia, obniżenie kosztów funkcjonowania i odzyskanie konkurencyjności. W Detroit cała nadzieja wiąże się z tym, że proces upadłości w Stanach jest wyjątkowo efektywny i szybki. Tyle że po raz pierwszy dotyczy to miasta takiej wielkości, któremu niełatwo będzie szybko się podnieść ze względu na narosłe przez dziesięciolecia problemy strukturalne. Ale cóż, co nas nie zabije, to nas wzmocni, jak mawiał Nietzsche. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w kontekście siły niemieckiego przemysłu samochodowego będą to prorocze słowa.
Reklama