Jedną z najskuteczniejszych metod uprawiania prymitywnej polityki zapewniającej krótkotrwały sukces jest przecież umiejętne wskazanie wroga. W ostatnich dniach mamy na to podręcznikowe wręcz dowody – nie bez powodu Carla Schmitta wydaje się także u nas i czyta do dziś.

Nienawistnicy, zawistnicy, w końcu wszyscy niezadowoleni rozłożą swoje głosy w przypadku zwykłych wyborów po skrajach normalnej krzywej Gaussa – w referendum zaś będą w samym centrum dzwonu. W tym przypadku głos za jest głosem przeciw, a wróg jest jeden.

Najłatwiej zrozumieć to na następującym przykładzie. Żeby referendum było ważne, potrzeba 389 430 głosujących. Załóżmy, że w głosowaniu referendalnym wzięłoby udział 389 429 osób. Wynik nie byłby ważny, nawet gdyby za odwołaniem opowiedziała się zdecydowana większość. A teraz założymy inną sytuację, w której w ostatniej chwili zagłosowałaby jedna osoba w obronie dotychczasowego prezydenta miasta. Jej intencje szły w przeciwnym kierunku niż organizatorów referendum, a mimo to głos przeciw okazał się głosem za. Dlaczego? Bo dzięki temu jednemu głosowi referendum stało się ważne, a ponieważ głosów za odwołaniem jest znacznie więcej, w gruncie rzeczy decydująca jest sama frekwencja.

Politycy i ich doradcy uważnie śledzą sondaże i doskonale się orientują, jak mniej więcej ukształtują się wyniki. Niemal w każdym przypadku referendum odwoławczego głosów za odwołaniem jest około 80 proc. Jedynym znanym wyjątkiem był kilka lat temu Sopot, ale i sytuacja była tam szczególna. Sondaże z ostatnich tygodni wyraźnie wskazują, że za odwołaniem prezydent Warszawy byłoby od 66 do 70 proc. Wystarczy więc tylko nakręcać frekwencję – ot i cała tajemnica, wyjątkowo obłudnego w tym przypadku, odwoływania się do obywatelskiego obowiązku nakazującego rzekomo udział w referendum.

Referendum odwołujące jest skutkiem i niejako odwrotnością wprowadzenia w 2002 r. wyborów bezpośrednich wójtów, burmistrzów i prezydentów. Nie pamiętam, czy przypadkiem nie na tych łamach pisałem jakiś czas temu, że kiedy planowano wprowadzenie tego mechanizmu, zarówno profesor Jerzy Regulski, jak i Michał Kulesza oraz niżej podpisany opowiedzieliśmy się wspólnie i jednoznacznie przeciwko legitymizowaniu organów wykonawczych gmin poprzez mechanizm wyborów bezpośrednich. Argumentowaliśmy, że to nie jest tylko problem ordynacji wyborczej, ale całego ustroju gminy. Nie wolno tego mechanizmu wprowadzać bez dostosowania ustroju gminy do zmienionego z pośredniego na bezpośredni trybu wyboru. Wcześniej należałoby zadbać bowiem o rozdzielenie w gminie stanowisk politycznych od urzędniczych i wzmocnienie czynnika fachowego, o zbudowanie właściwych mechanizmów kontrolnych itd. Niestety, nikt nas nie chciał słuchać, a prezydentowi Kwaśniewskiemu zabrakło instynktu, by nie powiedzieć wyobraźni, aby ten pomysł zawetować. Tego instynktu, który podpowiedział wcześniej Lechowi Wałęsie zawetowanie nowelizacji wprowadzającej bezpośrednie wybory w 1994 r., bo już wówczas pierwszy raz usiłowano je wprowadzić.

Gwoli ścisłości muszę dodać, że do tamtego weta namawialiśmy prezydenta Wałęsę również razem z Jerzym Regulskim i nieodżałowanym Michałem Kuleszą. Były to jednak czasy, kiedy jeszcze inicjatorów i realizatorów reform samorządowych jako tako w kręgach politycznych słuchano. Ale to se ne vrati, pane Havranek...

Jedną z najskuteczniejszych metod uprawiania prymitywnej polityki jest umiejętne wskazanie wroga. Nadchodzące warszawskie referendum jest tego podręcznikowym przykładem