Badania pokazują przecież, że bez względu na to, jak bardzo jesteśmy z publicznej służby zdrowia niezadowoleni i ile dokładamy do niej z własnej kieszeni, to ciągle chcemy ją mieć „za darmo”. Czyli – protestujemy przeciwko modelom, które z powodzeniem, a w każdym razie z lepszym niż u nas skutkiem, stosują inne kraje. Nie ma więc raczej szans, że coś się w Polsce zmieni, będzie tylko coraz gorzej. A już jest fatalnie. Według CBOS niezadowolonych z dostępu do leczenia jest 81 proc. Polaków.

Nie ma więc także praktycznego znaczenia, kto sprawuje funkcję ministra zdrowia. Każdy musi się poruszać w obecnym nieefektywnym systemie, może tylko próbować go usprawniać. Przeciągać krótką kołdrę. Taki wniosek – chociaż niewypowiedziany wprost – płynie z najświeższego raportu Instytutu Ochrony Zdrowia.

Służba zdrowia, bez względu na to, jak bardzo zostanie „urynkowiona”, pozostaje dziedziną, w której to nie popyt decyduje o podaży – jak dzieje się na zwykłym rynku – ale odwrotnie. Pacjenci mają bowiem zbyt małą wiedzę medyczną, żeby w każdym przypadku sami mogli decydować, na co i w jaki sposób mają się leczyć. Zwykle zależy to od lekarzy. To oni więc są kreatorami popytu na rynku świadczeń medycznych. Ale nie oni za niego płacą. Bezpośrednio nie płacą także ubezpieczeni pacjenci. To powoduje, że w dzisiejszym świecie ten popyt rośnie błyskawicznie. Wymyślane są coraz nowocześniejsze i droższe leki, aparatura diagnostyczna, sposoby leczenia. Naturalne, że pacjenci chcą z tej nowoczesności korzystać. I naturalne, że lekarze im te coraz droższe terapie chcieliby ordynować.

Za tym wszystkim nie nadąża jednak popyt publicznego płatnika. Bo w przypadku publicznej służby zdrowia o wielkości popytu nie decydują wyłącznie deklaracja pacjenta i wskazanie prowadzącego go lekarza, ale przede wszystkim – suma publicznych pieniędzy przeznaczanych na leczenie obywateli. W nowoczesnym świecie nawet w bardzo bogatych krajach ograniczony pulą pieniędzy popyt na świadczenia medyczne coraz bardziej rozjeżdża się z ich nieograniczoną podażą. Każdy kraj próbuje, bo musi, ten dostęp do publicznego leczenia racjonalizować. Czyli, mówiąc wprost – ograniczać. Każdy bowiem zderza się z finansową ścianą, tyle że my szybciej.

Najczęściej stosowanym sposobem racjonalizacji, mówią autorzy raportu, jest wprowadzenie udziału własnego pacjentów w kosztach leczenia. Zwykle jest to współpłatność (płacenie przez pacjenta stałej kwoty ryczałtowej) lub finansowanie 20–50 proc. kosztów leczenia. Tak dzieje się we Francji, gdzie kolejki są najkrótsze. Pacjent ma świadomość, że za jego leczenie płaci nie tylko państwo (w naszym przypadku byłby to NFZ), lecz także on sam. Jest więc zainteresowany nie tylko skutecznością terapii, lecz także jej ceną.

Jeszcze bardziej dotyczy to pacjentów np. w Holandii czy Szwajcarii, gdzie formą udziału własnego jest tak zwana franszyza. U nas raczej nie do wyobrażenia. Jesteśmy na to zbyt biednym społeczeństwem. Tam bowiem do pewnego rocznego pułapu koszty leczenia ponosi wyłącznie sam pacjent. Dopiero po jego przekroczeniu (np. przy chorobach przewlekłych lub drogich) koszt zapłaty za leczenie ponosi płatnik publiczny.

Ponieważ Polacy, co wynika z wielokrotnie przeprowadzanych badań, są przeciwni jakimkolwiek formom udziału własnego, nasz płatnik usiłuje racjonalizować popyt, narzucając świadczeniodawcom limity. Zdaniem autorów raportu jest to sposób najgorszy, bo najmniej efektywny. Mała pula pieniędzy na leczenie powoduje, że dostęp do terapii staje się coraz trudniejszy. Czas między diagnozą a podjęciem leczenia się wydłuża, staje się ono bardziej kosztowne, ale też mniej skuteczne. Za niechęć do współpłacenia płacimy więc własnym zdrowiem, z czego niekoniecznie zdajemy sobie sprawę. A politycy, bojąc się utraty popularności, nie mają odwagi nam o tym powiedzieć. Zmiana ministra zdrowia mogłaby więc na krótki czas poprawić samopoczucie opozycji, ale nie nasze zdrowie.