Pamiętają państwo radość, która ogarniała polską opinię publiczną (i to nie tylko ekonomistów) po każdej inwestycji Daewoo, Volkswagena, Philipsa, LG, Della albo ostatnio HP, Oracle czy Amazona? I darcie szat połączone z utyskiwaniem na nieudolność klasy politycznej, gdy omijały nas Peugeot albo Kia? Za szczególnie łakomy kąsek uchodziły zawsze rzecz jasna inwestycje bezpośrednie. Czyli sytuacja, w której zagraniczny kapitał „wchodzi do kraju w celu uzyskania trwałego wpływu na działalność przedsiębiorstwa” (tak właśnie bezpośrednie inwestycje zagraniczne definiują MFW i OECD). Albo samodzielnie budując przedsiębiorstwo (nazywa się to wtedy z angielska – choć trochę myląco – „greenfield”, czyli w szczerym polu), albo przejmując udziały (min. 10 proc.) w już istniejącym krajowym biznesie. To właśnie ten procent odróżnia inwestycje bezpośrednie od portfelowych. A więc takich, których celem jest tylko osiągnięcie zysków kapitałowych bez angażowania się w zarządzanie przedsiębiorstwem.

Dar od losu

Gdy spojrzymy wstecz, widać wyraźnie, że Polska nie miała problemów z przyciąganiem inwestorów zagranicznych niemal od samego początku transformacji. W pierwszej fazie sprzyjał temu zdecydowany prywatyzacyjny kurs pierwszych rządów wolnej Polski. Zwłaszcza tych postsolidarnościowych. A potem polskie wejście do Unii Europejskiej. Dość powiedzieć, że ich wartość skoczyła wtedy z 4,1 mld euro (w 2003 r.) do 17,2 mld euro (w 2007 r.). Zaraz potem uderzył kryzys, kapitał trochę się przestraszył i wydatki na inwestycje zagraniczne spadły na całym świecie. Mimo wszystko w Polsce w latach 2009–2011 mieliśmy znów tendencję wzrostową. Z 9,3 mld euro do 13,6 mld euro. Zdecydowany spadek przyniósł dopiero rok 2012. Według najnowszych danych NBP wyniósł on tylko 2,8 mld euro. Instytucje państwowe odpowiedzialne za przyciąganie inwestycji zagranicznych nie ustają jednak w poszukiwaniu pocieszających wyjaśnień tego nagłego spadku. Na przykład Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ) pisze tak: W skali świata wartość projektów typu greenfield spadła w 2012 r. o 1/3. W Polsce, która znalazła się na drugim miejscu pod względem nowych projektów tego typu w całej Unii Europejskiej, wartość ta obniżyła się tylko o 7,6 proc. Dane dotyczące greenfields pokazują, że o ile spadła przeciętna wielkość projektów, to zainteresowanie inwestorów Polską i zdolność generowania nowych miejsc pracy są wysokie. Te dane to deklaracje inwestorów – stanowią więc znakomity prognostyk dla przepływów inwestycyjnych w 2013 i 2014 r.

Z kolei w corocznej ankiecie UNCTAD (ONZ-owska agencja ds. handlu i rozwoju) pytał inwestorów o najbardziej atrakcyjne kraje do inwestowania w latach 2013–2015, Polska znalazła się na 4. miejscu w Europie i na 14. na świecie. A według najnowszego raportu E&Y Polska jest liderem wzrostu inwestycji w Europie. W 2012 r. odnotowała najwyższy wśród krajów europejskich przyrost liczby projektów inwestycyjnych (o 22 proc. więcej niż w 2011 r.). Według raportu w ubiegłym roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne stworzyły w Polsce o 67 proc. miejsc pracy więcej niż rok wcześniej. Podczas gdy wynik dla całej Europy wyniósł tylko plus 8 proc. To nie koniec. FDI Intelligence (grupa Financial Times) w raporcie o FDI wskazuje z kolei, że liczba projektów „greenfield” w Polsce wzrosła w 2012 r. o 5 proc. Wśród państw europejskich oprócz Polski tylko Hiszpania zanotowała przyrost. Polska zajęła też pierwsze miejsce w rankingu Polsko-Niemieckiej Izby Handlowej dotyczącym atrakcyjności inwestycyjnej wśród krajów tej części Europy. Koronnym dowodem ma być to, że 9 proc. ankietowanych inwestorów zainwestowałoby w Polsce ponownie.

Koszt utraconych szans

I tak dalej, i tak dalej. Bezkrytycznie żongluję tymi wszystkimi procentami i statystykami w zasadzie w jednym celu. Chciałbym pokazać, że te doniesienia – obficie cytowane przez wszystkie polskie media ekonomiczne – dowodzą jednego. W Polsce inwestycje zagraniczne cały czas są traktowane jako niewiarygodnie wielka szansa rozwojowa. Prezent od losu. Albo nagroda za dobre zachowanie. Dlatego gdy Amazon zapowiedział, że chce uruchomić w Polsce centra logistyczne, znów mieliśmy radość. Będą nowe miejsca pracy i dodatkowe wpływy budżetowe. Tylko czy za każdym razem, gdy w kraju pojawia się nowa zewnętrzna inwestycja, jest się tak naprawdę z czego cieszyć? Wielu ekonomistów ma co do tego poważne wątpliwości. I to nie od dziś.

Jednym z nich jest ekonomista Heiner Flassbeck. Kompetencji w temacie międzynarodowych przepływów kapitału odmówić mu nie sposób. Dość powiedzieć, że w latach 2003–2012 Niemiec był głównym ekonomistą UNCTAD, czyli Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju – wspomnianej już agencji ONZ, która z bliska przygląda się tematyce inwestycji zagranicznych. – W kręgach politycznych, a czasem nawet wśród ekonomistów dominuje naiwne przekonanie, że inwestycje zagraniczne to gra, w której obie strony wygrywają. Rzeczywistość jest niestety dużo bardziej skomplikowana – mówi nam Flassbeck.

Działa to mniej więcej tak. Do kraju o niższym poziomie rozwoju wchodzi z nową inwestycją kapitał zagraniczny. On już na dzień dobry dysponuje dużo lepszą (przywiezioną ze sobą) technologią, a co za tym idzie produktywnością rodem wręcz z innej planety. Uzupełnia to jeszcze tanią siłą roboczą kraju przyjmującego i staje się graczem wręcz nie do pobicia. W starciu z takim rywalem większość lokalnych konkurentów jest bezradna. A to nie koniec przewag inwestora zagranicznego. Większość z nich stosuje bowiem tzw. ceny transferowe. Czyli preferencyjny sposób księgowania kosztów pomiędzy rozsianymi po świecie spółkami córkami jednej globalnej firmy. Takie ceny transferowe mają decydujący wpływ na konkurencyjność międzynarodowej grupy wobec innych przedsiębiorstw działających lokalnie. Bywa, że firma zagraniczna omija z ich pomocą zobowiązania wobec lokalnego fiskusa. W praktyce więc duże zachodnie korporacje nie mają zazwyczaj najmniejszych problemów, by w krótkim czasie uzyskać dominującą pozycję na najbardziej intratnych rynkach państw o słabszym potencjale ekonomicznym. W bankowości, budownictwie, przemyśle przetwórczym oraz wielkim handlu. – To typowe zjawisko obserwowane od początku globalizacji we wszystkich rejonach świata. Europa Środkowo-Wschodnia i Polska nie są na tym tle żadnym wyjątkiem – przekonuje Flassbeck.

Symptomatyczne jest również to, że takie procesy przechodzą zazwyczaj niezauważone. Dlaczego? Dosyć łatwo wyliczyć, ile pieniędzy inwestor zagraniczny przeznaczył na reinwestycje w danym kraju albo ile utrzymuje tam miejsc pracy (w Polsce to ok. 1,5 mln stanowisk). Trudniej natomiast przedstawić wiarygodne wyliczenia na temat utraconych szans biznesowych lokalnych przedsiębiorstw związanych z pojawieniem się potężnego zagranicznego konkurenta, który pożarł im rynek. A ponieważ opinia publiczna musi sobie pewne fakty zracjonalizować, to powstaje następujący obraz: kraj peryferyjny uznaje, że skoro jego przemysł czy rodzimy handel przegrał w starciu z zagranicznymi graczami, to widocznie był słabszy i przegrać musiał. To narracja doskonale znana choćby z dyskusji o transformacji polskiej gospodarki po roku 1989.

Otwarte drzwi

To jeszcze nie wszystko. Aby zrozumieć, na czym polega inna brzydka strona inwestycji zagranicznych, oddajmy na chwilę głos znanemu hinduskiemu ekonomiście i krytykowi globalizacji Amitowi Bhaduriemu. W niedawnej rozmowie z DGP opisywał on pułapkę, w jakiej znalazł się jego kraj. – W Indiach od lat wszystkie siły polityczne prześcigają się w zapewnieniach, że uczynią z tego kraju jeszcze lepsze miejsce do inwestowania. Wierzą, że impulsy do rozwoju ekonomicznego mogą nadejść tylko z zewnątrz. Robimy więc wszystko, by przypodobać się Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. I to bynajmniej nie dlatego, że MFW pożycza nam pieniądze. My chcemy, żeby fundusz wystawił nam dobre świadectwo, które zapewni dopływ świeżych zagranicznych inwestycji. W tym sensie jesteśmy ich zakładnikami – uważa Bhaduri.

Tak, właśnie „zakładnikami”. Międzynarodowe firmy do perfekcji bowiem opanowały umiejętność rozgrywania między sobą krajów bijących się o ich pieniądze. W efekcie w większości państw na dorobku działa cały system ulg i zwolnień podatkowych obliczonych na przyciągnięcie inwestorów. A przy okazji mnóstwo sytuacji paradoksalnych. Takich jak prywatyzacja Zakładów Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzynie w 1990 r. Inwestycja kosztować miała amerykański koncern International Paper Group 150 mln dol. Tymczasem sama wartość powiązanych z transakcją utraconych korzyści podatkowych sięgnęła podobno 142 mln. Był to efekt podniesienia przez inwestora cen papieru tuż po zakupie przedsiębiorstwa.

Nie można zapominać również o specjalnych strefach ekonomicznych (SSE). Jest ich dziś w Polsce 14. Powstały w połowie lat 90. w celu przyciągnięcia do kraju inwestycji. Firmy lokujące swoją produkcję w takich strefach mogą liczyć na zwolnienia podatkowe oraz innego rodzaju ułatwienia. Główną korzyścią z ich istnienia mają być tworzone tam miejsca pracy. Zwłaszcza że strefy ulokowano głównie na obszarach trapionych problemem bezrobocia strukturalnego. Pomysł może i dobry. Gdyby nie to, że przy okazji w SSE otwarto drzwi do wielu patologii. Tak przynajmniej twierdzi Małgorzata Maciejewska z Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka raportu „Zmęczone ciała i bezcenne produkty. Warunki pracy kobiet w specjalnej strefie ekonomicznej przemysłu elektronicznego”.

Maciejewska na dwa miesiące zatrudniła się w podstrefie kobierzyckiej w fabryce produkującej telewizory LCD dla koreańskiego koncernu LG. A obraz, który wyłonił się z jej raportu, nie przypominał wcale kolorowych prezentacji zachwalających zazwyczaj dobrodziejstwa zagranicznych inwestycji. Kobierzycka rzeczywistość wyglądała według tego opisu następująco: hale fabryczne otoczone drutem kolczastym, daleko poza miastem, ciągły nadzór, bardzo ciężkie warunki pracy i bardzo niskie wynagrodzenie. I choć specjalne strefy to zaledwie cząstka polskiego świata pracy, to warto jednak odnotować jego istnienie. Jak również to, że to właśnie w specjalnych strefach swoje centra logistyczne uruchomi prawdopodobnie amerykański gigant Amazon. Czyli koncern, który w atmosferze skandalu uciekł z Niemiec, bo jego pracownicy burzyli się z powodu łamania ich podstawowych praw.

Czy to koniec ciemnych stron inwestycji zagranicznych? Niestety wcale nie. Wybitny polski ekonomista (przez lata szefujący Wiedeńskiemu Instytutowi Międzynarodowych Porównań Gospodarczych) Kazimierz Łaski zwraca uwagę na jeszcze jedno niebezpieczeństwo. – Polega ono na tym, że zbyt szerokie otwarcie drzwi dla inwestycji zagranicznych bardzo często pompuje ujemny bilans handlowy kraju przyjmującego – mówi nam Łaski. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy inwestycje są lokowane w takich dziedzinach, które nie sprzyjają eksportowi. Czyli w bankowości, budownictwie czy wielkim handlu.

Takie inwestycje są z punktu widzenia gospodarki narodowej mało opłacalne. Problem tylko w tym, że to do nich najbardziej lgną zagraniczni inwestorzy. Tutaj właśnie są do ustrzelenia największe zyski. Niestety struktura bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce pokazuje wyraźnie, że koncentracja zagranicznego kapitału dotyczy tych właśnie dziedzin. I tak aż 21 proc. inwestycji koncentruje się w sektorze finansowo-ubezpieczeniowym, 15 proc. w handlu hurtowym i detalicznym, 6 proc. w budownictwie, a 8 proc. w obsłudze rynku nieruchomości.

To zdaniem Łaskiego jedna z głównych przyczyn utrzymującego się przez cały okres potransformacyjnego ujemnego salda bilansu handlowego Polski. Częściowo przełamanego dopiero w ostatnim czasie (2012–2013). Czyli w okresie, w którym – przypomnijmy – nastąpiło załamanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. A dlaczego bilans handlowy ma znaczenie dla kraju takiego jak Polska? – Nie ma oczywiście problemu z tym, żeby kraj miał przez jakiś czas większy import niż eksport. Ale doświadczenie uczy, że gospodarki, które jak Japonia albo Chiny dokonały wielkiego skoku, zdecydowanie unikały ujemnego bilansu handlowego – tłumaczy Łaski.

Gdzieś na marginesie tej wyliczanki pozostają jeszcze inne mroczne strony inwestycji. Jak choćby to, że przy okazji migracji kapitału mogą następować patologie w stylu eksportowania zagrożeń ekologicznych (firmy z branży chemicznej uciekające do krajów słabiej rozwiniętych, by tam truć na potęgę). Albo po prostu urządzają zorganizowany skok na tamtejsze zasoby naturalne. Nie są (na szczęście) to akurat problemy mające większy związek z Polską i krajami tej części Europy. Nie należy jednak zapominać i o nich.

Ojczyzna kapitału

Pisanie o brzydkich stronach inwestycji zagranicznych zawsze wiąże się z dużym ryzykiem. I nieuchronnie wywołuje zniecierpliwione pytania w stylu: „To co mamy w takim razie zrobić? Otoczyć się murem i postawić na autarkię?”. Oczywiście, że nie. Już choćby dlatego, że Polska – z własnej woli i w swoim dobrze pojętym interesie – funkcjonuje w ramach wspólnego unijnego rynku i ma wiele zobowiązań traktatowych (w tym notabene podpisane „przy okazji” akcesji z UE zobowiązanie do wejścia do strefy euro). Jesteśmy więc częścią procesów globalizacyjnych, których nieodłącznym składnikiem jest ekspansja zagranicznego kapitału na polski rynek. Taka jest rzeczywistość. I sęk w tym, żeby się w ramach tej rzeczywistości poruszać w sposób sprawny.

Polska nie jest przecież pierwszym krajem, który uświadamia sobie, że inwestycje zagraniczne to nie tylko manna z niebem. Przed podobnym problemem stanęła na przykład Kanada, która po II wojnie światowej była bardzo intratnym miejscem dla ekspansji kapitału z USA. Rząd spod znaku klonowego liścia przyjął wówczas wiele restrykcji dotyczących inwestycji zagranicznych (tzw. Investment Canada Act). Rozwiązanie było oczywiście sprzedawane jako próba uatrakcyjnienia Kanady dla zagranicznego kapitału. W rzeczywistości akt był jednak zbiorem twardych zasad, które musieli spełnić wszyscy potencjalni inwestorzy. I tak zamiast sytuacji, w której w założonej przez zagraniczny kapitał filii odbywa się głównie montaż z importowanych części, to według wytycznych ICA: „Kanadyjska filia ma być niezależną, zintegrowaną pionowo całością, w pełni odpowiedzialną za co najmniej jedną funkcję produkcyjną”. Kanadyjskim filiom zagranicznego kapitału nakazano też rozwijanie źródeł zaopatrzenia w Kanadzie, włączenie do swoich zadań realizowanych w Kanadzie prac badawczo-rozwojowych, a nawet popieranie kanadyjskich instytucji kulturalnych i charytatywnych.

Jest jeszcze jeden zarzut, który w toku rozmowy o ciemnych stronach inwestycji zagranicznych pojawi się na pewno. Zgodnie z jego logiką rozróżnianie pomiędzy kapitałem „krajowym” i „zagranicznym” jest u progu XXI wieku działaniem jałowym i anachronicznym. Przecież „kapitał nie ma narodowości”. – Nic bardziej mylnego! – uważa Ha-Joon Chang, autor głośnej (i wydanej właśnie po polsku) książki „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Ten pochodzący z Korei Południowej ekonomista Uniwersytetu w Cambridge dowodzi w niej, że „większość ponadnarodowych firm to tak naprawdę wciąż firmy krajowe z działalnością międzynarodową. Swoją działalność w jej najważniejszych aspektach (takich jak zaawansowane badania czy planowanie strategiczne) prowadzą w krajach pochodzenia. Jeśli muszą zamykać fabryki, to – z powodów politycznych albo gospodarczych – w kraju macierzystym robią to dopiero w ostateczności”. Dzieje się tak nie tylko z powodu osobistych sympatii menedżerów. Po prostu korporacje niejednokrotnie łączy z krajem pochodzenia sieć powiązań biznesowych. Często licząc na różnego rodzaju zamówienia publiczne, do których otrzymania potrzebują dobrego wizerunku firmy dbającej o rodzime miejsca pracy. Tak zrobiło choćby szefostwo Fiata w 2010 r., decydując się na przeniesienie części produkcji z Tychów pod Neapol. Trudno więc odmówić prawdziwości twierdzeniu Ha-Joon Changa, że większość korzyści z tytułu międzynarodowej działalności korporacji przywłaszcza sobie właśnie kraj pochodzenia kapitału.

Czy mogło być lepiej

Przypominanie ciemnych stron inwestycji zagranicznych nie równa się ich diabolizowaniu. Zresztą nawet gdyby ktoś postawił przed sobą taki cel, sam skazywałby się na porażkę. Nie brak przecież studiów i analiz uznających dynamiczne wejście do Polski po 1989 r. zagranicznych inwestycji za jeden z kluczowych powodów naszego – bądź co bądź – znaczącego rozwoju gospodarczego. I ich ignorowanie byłoby zwyczajnym fałszowaniem rzeczywistości.

Nie należy jednak popadać w drugą skrajność. To znaczy dowodzenie, że żwawy rozwój polskiej gospodarki w ostatnich 20 latach był możliwy głównie dzięki otwarciu drzwi na napływ zagranicznego kapitału. Nawet wśród ekonomistów trwa spór, czy pierwsze było jajko, czy kura. Czy najpierw pojawiają się inwestycje i to one pobudzają wzrost? Czy może jest dokładnie odwrotnie? To wzrost i potencjał rynku przyciąga inwestycje zagraniczne? A w ślad za tym pytaniem stawiać można kolejne. Czy polski wzrost minionego ćwierćwiecza nie byłby bardziej imponujący, gdyby drzwi dla zachodniego kapitału otwierano w sposób trochę bardziej kontrolowany? Czy zachęty podatkowe koniecznie musiały być tak lukratywne? Czy nie za wcześnie spisano na straty znaczącą część polskiej gospodarki odziedziczonej po PRL-u? Na te pytania nie ma jednej zawsze właściwej odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że ich stawianie nie jest uzasadnione.