Wprawdzie to rada w regulaminie szczegółowo ustala, co ma robić przewodniczący, ale odpowiednie przepisy określają to z góry. Ma zwoływać zebrania rady i czuwać nad ich przebiegiem. To znaczy, że w jego gestii znajduje się sprawa bardzo istotna, a mianowicie punkty, jakie będą poruszane w trakcie zebrania rady. Wprawdzie radni i czasem grupy mieszkańców mają także prawo do wprowadzenia swoich postulatów pod porządek obrad, ale wymaga to przegłosowania i wysiłków, na jakie rzadko kogo stać.

Ta władza przewodniczącego ma charakter obosieczny. Ponieważ przewodniczącemu nie podlega bezpośrednio zarząd gminy czy miasta, więc nie ma ona żadnego prawa rozporządzać pracownikami tego zarządu, a wobec tego w przygotowaniu uchwał rady i innych decyzji jest zdany na dobrą wolę wójta lub burmistrza i jego podwładnych. Przewodniczący nie dysponuje też żadnym funduszem na pomoc czy doradztwo. Od jego dobrych stosunków z władzami wykonawczymi danego samorządu zależy zatem, czy dobrze przygotuje lub oceni przygotowane już przez zarząd projekty uchwał, przetargów, konkursów. Jednak – jak wiemy – na ogół za dobrą wolę się płaci, więc przewodniczący jest z tego powodu niejako zmuszony do tych dobrych stosunków, co wpływa na jego spolegliwość w stosunku do wójta lub burmistrza.

A przecież rada stanowi organ kontrolny w stosunku do zarządu gminy czy miasta, a zatem mamy tu do czynienia z niewątpliwym konfliktem, z pozoru banalnym, w istocie fundamentalnym. Trudno sobie wyobrazić dobrą pracę przewodniczącego, a więc i rady, bez wsparcia lokalnej władzy wykonawczej. W wielu przypadkach radni i sam przewodniczący nie mają podstaw do tego, by rozumieć projekty podsuwane przez wójta czy burmistrza. Na poziomie Sejmu posłowie mogą korzystać z bardzo wielu form doradztwa, na poziomie gminy doradztwo nie istnieje, a przecież wiele decyzji przekracza zdolności pojmowania inteligentnego człowieka, gdyż są oparte na wiedzy technicznej lub na tylu podstawach, że przewodniczący rady, który by chciał wyjaśnić je radnym, musiałby dysponować danymi co najmniej równie pełnymi jak wójt lub burmistrz. A zatem przewodniczący często decyduje o porządku obrad oraz o przegłosowywaniu uchwał na ślepo.

Istnieje jednak i inne zagrożenie – doskonale znane z wielu konkretnych przypadków – polegające na tym, że przewodniczący jest po prostu człowiekiem wójta czy burmistrza i narzuca radzie taki porządek obrad, jaki dla władzy wykonawczej jest wygodny. Odpowiednio też przygotowuje radę do udzielenia absolutorium i do podejmowania innych czynności przez teoretycznie dysponujących pełną swobodą radnych. Rola przewodniczącego bywa z tego powodu posadą pożądaną, chociaż otrzymuje on tylko zryczałtowane diety, gdyż – inaczej niż radni – teoretycznie urzęduje stale. Niewątpliwie ustawodawca popełnił tu błąd, nie zachowując należytej praktycznej niezależności władzy ustawodawczej od wykonawczej.

Jest to jednak błąd wynikający ze złego rozumienia funkcji samorządu, do czego będziemy jeszcze wracali, rozumienia skupiającego całą uwagę na jego roli decyzyjnej, a nie na debacie samorządowej. Cała opisana sytuacja stawia sens debaty pod znakiem zapytania, bo jak radni mają debatować, skoro nawet ich przewodniczący nie jest do takiej debaty przygotowany. Błąd ten jest także rezultatem braku jasnej decyzji, czy radni to – za Maxem Weberem – zawód czy powołanie. Dochody części radnych (zwłaszcza w dużych miastach) zbliżają ich do poziomu zawodu, jednak ich nadmierna liczba, co będę powtarzał ustawicznie, sprawia, że państwa ani społeczeństwa nie stać na radnych zawodowych (na tej samej zasadzie jak zawodowi są posłowie). Raz jeszcze zatem się okazuje, że nie bardzo wiemy, czego oczekujemy od samorządu, i w tym sęk.