MACIEJ MIŁOSZ: Mariusz Trynkiewicz, morderca czterech nieletnich chłopców, kończy odsiadywać wyrok w lutym. Podobnie jak w przypadku Madzi z Sosnowca media nakręcają potrzebę dokonania samosądu. Jak działa ten mechanizm? Dlaczego powstaje taki klimat?

PROF. JANUSZ CZAPIŃSKI: Są dwa powody. Pierwszy to niewydolność instytucji państwa w ocenie lokalnych społeczności. Drugi to fakt, że dosyć radykalnie rozmija się surowość sądów i ich orzecznictwo z surowością obywateli i "wewnętrznym kodeksem karnym Polaków". Przykładem może być to, że w dalszym ciągu większość z nas jest za karą śmierci, chociaż prawo jej nie przewiduje. Generalnie to zjawisko dotyczy wszelkiego rodzaju kar za wykroczenia, o których jesteśmy przekonani, że sami byśmy ich nie popełnili. Co do gwałtów czy morderstw małych dzieci w sumieniu Polaków nie ma żadnego wybacz. Przy łagodnym traktowaniu przez prawo i niewydolności instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nie dziwi, że czasem niektórzy członkowie lokalnej społeczności zastępują państwo.

W jakich sytuacjach do tego dochodzi?

To nie jest tak, że od razu po zbrodni dochodzi do zwołania społeczności wiejskiej, miasteczkowej czy dzielnicowej. To musi narastać. W takim sensie Polacy są praworządni. Najpierw zawiadamiają organy państwowe. Jeśli one nie spełniają ich oczekiwań, to starają się zawiadomić wyższe instancje. Ale jeśli czas płynie, a okazuje się, że nikt ze strony służb państwowych nie kiwnął palcem, to narasta nie tylko poczucie krzywdy, lecz także frustracja wynikająca z wściekłości na instytucje, które są odpowiedzialne za bezkarność sprawcy. Jedno i drugie jest podszyte bardzo silnymi emocjami. I potem to nie zawsze jest spontaniczne. Często jest tak, że znajdzie się jakiś organizator, ktoś, kto ma zdolności przywódcze, i może pociągnąć za sobą sporą grupę ludzi, która wystąpi z zamiarem ukarania sprawcy krzywd. Są kategorie krzywd w środowisku absolutnie nie do zaakceptowania. Jeśli sprawca natychmiast nie zmieni miejsca zamieszkania, a organy ścigania są powolne i nie od razu go odizolują, to może go spotkać ta nieformalna kara, która zazwyczaj jest bardziej dotkliwa niż ta formalna, państwowa.

Gdzie częściej dochodzi do samosądów?

To jest zrozumiałe, że w małych miejscowościach, bo one są znacznie bardziej zintegrowane. W dużych miastach trudniej byłoby wyzwolić w ludziach takie poczucie, że oto ktoś nastaje na naszą wspólnotę. Tam tych wspólnot po prostu nie ma.

Jak można przeciwdziałać linczom?

Trudno sobie wyobrazić, że przez kampanie społeczne obniżymy apetyty Polaków na surowe kary. Na pewno można poprawić efektywność funkcjonowania służb państwowych.