W Europie istnieją obecnie trzy poziomy władzy politycznej: Unia Europejska, państwa narodowe oraz samorząd terytorialny. W poszczególnych państwach rola samorządu jest mniejsza lub większa, a różnice są bardzo poważne. Od państw federacyjnych, jak Niemcy, gdzie znaczenie samorządu jest kolosalne, po państwa silnie scentralizowane – jak Francja. Polska znajduje się gdzieś pośrodku, a rola władz lokalnych jest często nie do końca jasna. Wynika to przede wszystkim z niezłej ustawy o ustroju samorządów i fatalnych zasad finansowania samorządów. Musi to stopniowo ulec zmianie, ale naprawdę warto byłoby wyobrazić sobie rolę samorządów na tle całej struktury politycznej Europy.

Otóż – i nie jest to nowość, gdyż takie sugestie pojawiają się od co najmniej 20 lat – można sobie wyobrazić dynamiczną demokrację samorządową, słabe państwo narodowe oraz sprawną administrację europejską pobawioną większych ambicji wtrącania się do demokracji samorządowej. W istocie taki układ miałby pewne cechy powrotu do struktury feudalnej, ale tylko do tego, co było w niej dobre, a dobrego było całkiem sporo.

Z jednej bowiem strony silna władza lokalna – dzisiaj demokratyczna – ma znacznie większe szanse na zatroszczenie się o rzeczywiste interesy obywateli, a z drugiej strony, przy słabym państwie narodowym, uniwersalne przesłanie Europy stałoby się znacznie łatwiejsze do przekazania.

Oczywiście wątpliwości jest wiele, a przede wszystkim niemal wszyscy obserwatorzy i komentatorzy są przekonani, że państwa narodowego nie da się osłabić. Mam co do tego wiele wątpliwości. Wbrew pozorom (czyli krzykliwym nacjonalistom) samo uczestnictwo w Unii Europejskiej już doprowadziło do radykalnego osłabienia państw narodowych, co zresztą bywa przedmiotem wewnętrznych sporów w tych państwach, jak w Wielkiej Brytanii czy – znacznie ciekawszych intelektualnie – we Francji.

Przyszłość państw narodowych zależy jednak od tego, na co politycy będą stawiali: na centralizację czy na lokalność. W kulturze społecznej (i nawet gastronomicznej) lokalność jest coraz wyżej ceniona, także w Polsce. Lokalność jest też świadomie popierana i dofinansowywana przez Unię Europejską, co budzi sprzeciw polityków mieniących się państwowcami, którego to terminu nie rozumiem i zrozumieć się go nie da. Lokalność bowiem sprzyja, również cenionej we współczesnej kulturze, różnorodności i rozmaitości. A to sery z Korycina, a to oscypki, a to kindziuk z Podlasia. Pojawiają się również lokalne niewielkie teatry czy zespoły muzyczne prezentujące czasem zaskakująco dobry poziom, a w lokalnych (nadburzańskich) dworkach odbywają się wernisaże lokalnych i ogólnokrajowych malarzy. Wszystko to są skarby, których utracić nie wolno.

Zapewne państwo narodowe będzie trwało jeszcze siłą rozpędu wiele dziesięcioleci, ale powoli traci swoje podstawowe atrybuty. Jeden z wybitnych dwudziestowiecznych myślicieli stwierdził, że państwo narodowe musi mieć trzy rzeczy: własną walutę, własne znaczki pocztowe oraz własne wojsko. Z walutą powoli koniec, projekt wspólnych znaczków unijnych jest daleko posunięty, a jak jest z wojskiem – każdy wie.

Więc może uda się stopniowo i powoli spełnić moją nadzieję. Samorząd stanie się ostoją demokracji, a wszystko powyżej – tylko administracji. Warunkiem niezbędnym jest brak zbrojnych konfliktów w ramach Europy, bo wtedy państwo narodowe staje się niezbędne. Ale przecież takich konfliktów nie ma i nic ich nie zapowiada, mimo rozmaitych spornych kwestii. Może więc warto sobie darować tych wszystkich polityków, którzy tylko nas przygnębiają, na rzecz prawdziwych przywódców ludowych, czyli demokratycznie wybranych radnych i wójtów lub burmistrzów? Byłaby to zaiste rewolucyjna zmiana w świecie europejskiej nudy politycznej.