Dlaczego wobec dziesiątków opracowań niemieckich, po znakomitej książce amerykańskiego historyka Josepha Steinberga (2012 r.) wydaje się taką miernotę, to już tajemnica wydawnictwa i jego prawo. Ale nie jest jego dobrym prawem kłamanie i judzenie. Otóż Bismarck nigdy nie był zaciekłym wrogiem Polaków, nasłuchaliśmy się już tyle bzdur na ten temat, że dlaczego przypisywać takie stanowisko emerytowanemu francuskiemu profesorowi, który kwestii polskiej w polityce Bismarcka poświęca dwa akapity z okazji powstania styczniowego i cytuje list Bismarcka, który pisze do żony, że dla Polaków ma wiele litości, ale z pruskiego punktu widzenia nie może poprzeć powstania? Dlaczego wreszcie kłamać na okładce i pisać, że Bismarck prowadził „Kulturkampf, walkę o kulturę na ziemiach polskich pod zaborem pruskim wiążącą się z zaostrzeniem germanizacji”? To jest kompletny nonsens i pora, by Polacy – zwłaszcza w obecnej sytuacji stosunków Kościoła ze społeczeństwem – wiedzieli, co to był Kulturkampf i dlaczego Bismarck nie był wrogiem Polaków.

Otóż Bismarck nie germanizował, bo wcale nie dążył do zjednoczenia Niemiec, a na pewno to nie był jego główny cel. Bismarck budował nowoczesne świeckie państwo, które miało fantastyczne osiągnięcia w zakresie opieki socjalnej, ubezpieczeń, emerytur wprowadzone na kilka dekad przed resztą Europy. Do budowy takiego świeckiego państwa potrzebna była mu swoboda z zewnątrz. A poważne ograniczenie tej swobody stanowił Kościół katolicki na terenie Prus i potem Niemiec. Bismarck był luteraninem, ale nie to miało wpływ na jego poglądy, lecz rzesze niemieckich katolików (w tym Polaków), którzy starali się utrudnić jego wysiłki modernizacyjne. Więc Bismarck ostro wziął się do katolików i to był właśnie Kulturkampf, czyli walka z wpływami Kościoła katolickiego, a nie żadna walka o kulturę.

Usunął religię ze szkół, wyrzucił kościelnych inspektorów szkół, opierających się biskupów wsadzał do więzień, a wśród nich kardynała Ledóchowskiego, który bronił praw Polaków do polskich szkół religijnych, ale sam nie znał ani słowa po polsku. Bismarck musiał stanowczo przeprowadzić to, co inny geniusz polityczny – Richelieu – zrobił znacznie wcześniej we Francji, czyli uniezależnić swój kraj od wpływów Watykanu. Pamiętajmy, że jest to marny okres w historii papiestwa, niepotrzebny dogmat o nieomylności papieża w sprawach religii i moralności (Pius IX – 1870), co dla Bismarcka i dla jednoczących się w pokoju religijnym Niemiec było nie do przyjęcia. Więc katolicy przeżyli ciężką dekadę. Watykan się wściekał, dopiero po kilku latach rządów Leona XIII doszło do pewnych kompromisów. Bismarck zabrał Kościołowi katolickiemu w Niemczech nie tylko władzę, ale i – oczywiście – pieniądze, czyli majątki. Przy tej okazji ucierpieli Polacy, w przeważającej części katolicy. Ale tylko przy okazji, nigdy nie byli celem nieprzychylnej polityki Bismarcka i prawdę mówiąc, bardzo mało go obchodzili.

Więc obecnie, kiedy się oburzamy na każdą antypolską wypowiedź w Niemczech, a przecież nasze wzajemne stosunki są tak dobre, doprawdy nie warto judzić i kłamać, żeby zyskać starych, zgryźliwych i pełnych nienawiści czytelników.