Słabe uczelnie, słabi studenci, słabe wyniki. Nie widać końca narzekaniom na nasze szkoły wyższe.

Ta czarna wizja nie odpowiada prawdzie.

Jednak złe oceny potwierdzają wyniki naszych uczelni w światowych rankingach.

Negatywna ocena została ukształtowana przede wszystkim na podstawie rankingu szanghajskiego. Prawdą jest, że jedynie dwie polskie uczelnie znajdują się w czwartej setce tej klasyfikacji (Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński). Ale kryteria tego rankingu są dla nas niekorzystne.

Dlaczego?

Ponieważ biorą pod uwagę przede wszystkim wyniki badań naukowych, w tym liczbę cytowań w bardzo ograniczonej liczbie czasopism, oraz liczbę noblistów związanych z uniwersytetem. To niezwykle wąskie kryteria zupełnie ignorujące zasoby i jakość procesu kształcenia, które są istotną częścią misji szkoły wyższej. Taki ranking promuje uniwersytety w krajach przeznaczających duże środki na badania, takie jak USA czy Chiny. Trudno się dziwić, że te dwa państwa miały największy wpływ na wypromowanie tego zestawienia. Unia Europejska w dążeniu do uzyskania bardziej obiektywnego obrazu stworzyła własny ranking uczelni i wkrótce zobaczymy, jak Polska w nim wypadnie.

Ten będzie bardziej obiektywny?

Kryteria U-Multiranku są bardziej zróżnicowane i jest ich znacznie więcej.

Czy to nie próba manipulowania, by przedstawić się w lepszym świetle? Powinniśmy pogodzić się z tym, że jest ranking szanghajski i starać się w nim dorównać najlepszym.

Wielu uczonych, i to w różnych krajach, zauważa, że znaczenie rankingów jest przewartościowane, a misją uniwersytetu nie jest osiąganie jak najlepszych miejsc. Ale na ich podstawie budowana jest opinia. Jeśli chcemy poszukiwać obiektywnej oceny stanu szkolnictwa wyższego na podstawie klasyfikacji uczelni, to dla kompletności obrazu powinniśmy sięgać po wyniki różnych rankingów.

Na przykład?

Nawet odwołując się do rankingu szanghajskiego, ale w odniesieniu do ogłaszanej klasyfikacji całych krajów. Tu zajmujemy 33. miejsce wśród 43 ocenianych najbardziej rozwiniętych państw. Jest ranking U21, od dwóch lat ogłaszany przez konsorcjum czołowych uniwersytetów z różnych części świata. To jedyny ranking oceniający nie pojedyncze uczelnie, ale całe systemy szkolnictwa wyższego w poszczególnych krajach. W tym zestawieniu zajmujemy 30. lokatę wśród 50. klasyfikowanych krajowych systemów szkolnictwa wyższego. Te miejsca nie mogą nas satysfakcjonować.

Dlaczego?

Ponieważ są wyraźnie gorsze od pozycji polskiej gospodarki. Ta sytuuje nas poza pierwszą dwudziestką krajów, ale na tyle blisko, że premier zapowiedział osiągnięcie tej pozycji do 2020 r.

Co trzeba zrobić, aby znaleźć się na tym miejscu?

W przypadku rankingu szanghajskiego powinniśmy mieć jeden uniwersytet w drugiej setce, trzy w trzeciej, a w pierwszej pięćsetce siedem uczelni. Takie wyniki ma obecnie Austria, która jest dwudziesta. Musimy wzmocnić kilkanaście czołowych polskich uczelni, aby mogły one awansować w klasyfikacji: najlepsze do drugiej i trzeciej setki, a pozostałe do grupy pierwszych 500 klasyfikowanych. Z kolei z rankingu U21 widać, że poziom bieżącego finansowania uczelni pozostawia wiele do życzenia, że mamy bardzo wiele do zrobienia, jeśli weźmiemy pod uwagę zasoby kadrowe oraz infrastrukturę informatyczną. Potrzebny jest wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe.

Czyli nie jest słuszna opinia, że bezsensownie wydaliśmy w ostatnich latach ponad 20 mld zł na budynki i laboratoria?

Wtedy polska nauka potrzebowała ich jak powietrza. Teraz należy zmienić priorytety. Trzeba zainwestować nie w mury, ale w ludzi, bo mamy ciągle niedorozwój studiów doktoranckich. Powinniśmy inwestować w utrzymywanie infrastruktury badawczej i właśnie w pozyskiwanie zdolnych – młodych i bardziej doświadczonych – naukowców przyjeżdżających do nas z całego świata. Nie drenaż, ale cyrkulacja mózgów przyniosła wielu krajom duże sukcesy.

A jaka jest międzynarodowa pozycja polskiej nauki?

Na podstawie rankingu ogłoszonego przez National Science Board polska nauka plasuje się na 20. miejscu na świecie, a na 8. w Europie. Ale pod względem poziomu finansowania badań Polska jest na jednym z ostatnich miejsc (na 20. miejscu w Europie). Widać zatem, że za uzyskiwane środki polscy naukowcy są w stanie zrobić relatywnie więcej niż w innych krajach.

To jednak nie przekłada się np. na patenty.

W liczbach bezwzględnych wypadamy źle, ale w liczbie patentów na milion dolarów wydanych na badania naukowe jest inaczej. Zgodnie z raportem World Patent Report najlepiej wypada Korea Południowa – 5,5 patentu, Rosja – 3,5, i Japonia – 2,7. My jesteśmy na 7. miejscu z jednym patentem na milion dolarów. Za nami są nawet Stany Zjednoczone.

Ale polskie patenty chowa się do szuflady, inni je spieniężają.

Oczywiście jest problem charakteru i zasięgu patentów – tu wypadamy gorzej, nie tylko dlatego, że nie mamy pieniędzy. Trzeba pamiętać, że wynalazczość to nie to samo co innowacyjność w gospodarce, na co instytucje naukowe mają ograniczony wpływ.

Skoro nie jest tak źle, to gdzie są nasi nobliści?

Nagrody Nobla w nauce otrzymują za wieloletnie osiągnięcia uczeni prowadzący badania w prestiżowych i doskonale finansowanych placówkach. W Polsce żaden z tych warunków nie został spełniony. Z tych samych powodów nie szturmują naszych uczelni młodzi ludzie z bogatszych od nas krajów. Pamiętajmy też, że prestiż uniwersytetu ma związek z pozycją danego kraju we wspólnocie międzynarodowej. Mamy tu jeszcze wiele do zrobienia. Nie należy jednak przeczerniać obrazu polskiej nauki, bo rodzi to poczucie krzywdy, co demobilizuje środowisko do większego wysiłku, który jest potrzebny. Bądźmy krytyczni, ale sprawiedliwi.

Minister nauki ogłosiła priorytety na 2014 r. Chce teraz w sposób uprzywilejowany traktować humanistów.

Humanistyka i nauki społeczne wymagają większego wsparcia. Nie sądzę, żeby minister miała zamiar obniżać rangę innych nauk ścisłych i technicznych. Potrzebna jest jednak krytyczna ewaluacja skutków dotychczasowej polityki, bo nie wszystkie one są pozytywne. Bo to wyniki profesjonalnych analiz i ocen powinny być podstawą wprowadzanych zmian, nie koniunkturalnie nagłaśniane mity. Przykładem może tu być wmawiana opinii publicznej nieprawdziwa teza, że polskie uczelnie są fabrykami bezrobotnych.

Jeśli ostatnie reformy były wprowadzane na podstawie złych przesłanek, to czy one zaszkodziły uczelniom?

Niektóre zmiany były korzystne, a inne nie. Korzystne były np. zmiany na rzecz większej proinnowacyjności i wprowadzania elementów zarządzania strategicznego w uczelniach. Cenne stało się ustanowienie nowych podmiotów, takich jak Narodowe Centrum Nauki, Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych i Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Błędem było wprowadzenie krajowych naukowych ośrodków wiodących w formule bez obowiązku prowadzenia konkretnych badań w zamian za przekazywane środki i w nagrodę za przeszłe osiągnięcia, zamiast wymagania realizacji nowych ambitnych projektów. Typowe było też nakładanie na uczelnie nowych obowiązków bez przyznawania na to dodatkowych środków.

Co trzeba zrobić, aby uczelnie były bardziej konkurencyjne?

Trzeba wspierać szkoły wyższe, które mają realne szanse awansu, w szczególności te, które chcą się łączyć, także w formule związku uczelni jako uniwersytetu federacyjnego, bo tylko takie podmioty mają szanse stworzyć silniejsze ośrodki naukowe. Te, które zdecydują się na konsolidację, obecnie mogą otrzymać niewiele wyższą dotację. Do 2020 r. trzeba też zupełnie zmienić sposób finasowania szkolnictwa wyższego. Obecnie system działa tak, że rektorom i dziekanom nie opłaca się skreślić z listy nawet najgorszego studenta, bo wtedy pozbawiają się oni dotacji za niego. Uczelnia nie może być karana finansowo za pozbywanie się zbyt słabych studentów. Można się spodziewać, że w przyszłym roku środowisko akademickie przedstawi własne analizy i propozycje dotyczące systemu finansowania szkół wyższych.