Istotnym elementem obecnej reformy wyższych uczelni jest parametryczna ocena pracy naukowej. Jednakże idea, by wynikom badań przypisywać punkty, spotyka się ze skrajnymi reakcjami. Jedni twierdzą, że w ten sposób można uzyskać klarowny obraz działalności naukowców, niezależny od subiektywnych ocen, wpływu koterii i środowiskowych układów. I przekonani są, że parametryzacja wyprowadzi polską naukę z jej obecnej, dość mizernej kondycji. Inni uznają ją za zamach na autonomię uniwersytetu, próbę poddania go biurokratycznej kontroli albo też przekształcenia w komercyjne przedsiębiorstwo. Twierdzą, że parametryzacja to gwóźdź do trumny polskiego systemu akademickiego.

Korporacja cechowa

Polski uniwersytet charakteryzuje struktura cechowa. Pracownicy akademiccy tworzą zhierarchizowane i zamknięte środowisko. Powoływane przez nich samych gremia decydują o zatrudnieniu nowych pracowników, przyznawaniu stopni naukowych, funduszy na badania, a także powiązanych z władzą i prestiżem funkcji administracyjnych. Zewnętrzne wobec uczelni instytucje do niedawna nie miały w zasadzie żadnego wpływu na ich funkcjonowanie i nawet obecnie wpływ ten jest stosunkowo niewielki.

Sztywność środowiska akademickiego potęguje fakt, że zazwyczaj decyzja o tym, kto się w nim znajdzie, podejmowana jest na samym początku kariery zawodowej kandydata na naukowca. Duża część pracowników zatrudnionych zostaje zaraz po doktoracie, w dodatku są to niemal wyłącznie byli studenci tej samej uczelni, na której ubiegają się o pracę. W efekcie większość naukowców kształci się, a potem pracuje przez całe życie w jednym miejscu i w otoczeniu tej samej grupy ludzi.

Nie jest wykluczone, by system o takim kształcie funkcjonował prawidłowo, prawdopodobnie kiedyś rzeczywiście działał bez zarzutu. Nikogo jednak chyba nie zaskoczę, jeśli powiem, że czasy te dawno minęły. Polskie uniwersytety nie liczą się w świecie, polscy naukowcy rzadko inspirują badaczy z innych krajów, a nawet siebie nawzajem. Do odległej przeszłości należą dokonania filozoficznej szkoły lwowsko-warszawskiej; w niewielkim stopniu została przejęta spuścizna działalności takich polskich matematyków, jak Stefan Banach czy Alfred Tarski. Niemal nikt już nie pamięta o ekonomiście Michale Kaleckim, którego badania dorównywały nowatorstwem pracom Keynesa.

I choć z pewnością można wskazać Polaków o osiągnięciach wybitnych nawet w skali globalnej, to średnia jest niska. W humanistyce króluje przyczynkarstwo i komentarz – łatwiej wręcz opublikować tekst prezentujący kolejne omówienie uznanego autorytetu niż własne, oryginalne stanowisko. W naukach ścisłych zbyt często badacze zajmują się kierunkami niemal doszczętnie wyeksploatowanymi i obumierającymi, natomiast eksperymentaliści kurczowo trzymają się przestarzałych technik, które nie dają szans na nawiązanie kontaktu z najbardziej nowatorskimi obszarami badań.

Polscy akademicy mają zresztą na sumieniu grzechy dużo cięższe niż tylko niedostatki wybitności. Obniżenie poziomu nauczania jest związane z tym, że w latach 90. olbrzymia liczba wykładowców rzuciła się do pracy na prywatnych uczelniach, porzucając nieraz całkowicie działalność naukową. Nauczanie stało się dobrze płatną, lecz niedbale odrabianą chałturą. Rozplenił się proceder plagiatów, nierzadkie są przypadki promowania doktoratów niespełniających nawet minimalnych standardów, a nawet zawierających nieprawdziwe wyniki badań. Spotyka się też wiele innych rodzajów moralnie wątpliwych zachowań. Co powiedzieć o profesorze, który w wieku lat siedemdziesięciu przyjmuje ucznia, by wyszkolić go w dziedzinie, która budziła zainteresowanie czterdzieści lat temu, lecz obecnie jest martwa. Przecież ten student nie nawiąże żadnego kontaktu ze współcześnie prowadzonymi badaniami – nie będzie nawet świadomy, że one istnieją. Albo jak ocenić naukowca regularnie publikującego swoje artykuły w piśmie, które sam redaguje?

Korporacja biurokratyczna

Czy parametryzacja może przyczynić się do poprawy sytuacji? Jej krytycy wskazują, że działalność badawcza jest zbyt złożona, aby poddawać się prostej ocenie: nie sposób przekonująco przypisać, dajmy na to, odkryciu nowego mechanizmu genetycznego albo głębszemu zrozumieniu pewnego okresu historycznego liczby punktów równej 10, 20 czy też akurat 40. Dokonań tych nie można w ten sposób ani wymierzyć, ani porównywać: czy z tego, że jedno z nich warte jest 20 punktów, a drugie 10, naprawdę ma wynikać, że pierwsze jest dwa razy ważniejsze od drugiego? Teza taka brzmi wręcz absurdalnie.

Parametryzacja pozbawia naukę sensu – mówią jej przeciwnicy. Zamienia badacza w biurokratę zbierającego wyznaczone zgodnie z przepisami punkty. Prowadzić też może do poważnych patologii. Ponieważ jednym z istotnych kryteriów oceny punktowej jest liczba cytowań opublikowanych artykułów, pojawiają się obawy, że naukowcy będą pisać prace kontrowersyjne, a nawet celowo błędne, tylko po to, by zwiększyć liczbę wymuszonych w ten sposób odniesień w literaturze.

W dodatku system taki podatny jest na szkodliwą zewnętrzną presję. Majstrujący przy ocenie punktowej urzędnicy mogą wyróżniać jedne dziedziny, a inne odsuwać na boczny tor, niezależnie od tego, jak istotna jest ich obecność w samym świecie nauki. Na to ryzyko wskazują humaniści, którzy obawiają się, iż politycy będą faworyzować pewne kierunki, mając na uwadze jedynie potrzeby firm albo trendy demograficzne. A przecież historia, filologia klasyczna czy filozofia powinny mieć swoje miejsce na uniwersytetach nie tylko dlatego, że ułatwiają znalezienie zatrudnienia .

Punktacja to współzawodnictwo

Zagrożenie, że współczesny świat przemieni badacza w skrzyżowanie biznesmena z biurokratą, wydaje się realne, nie jestem jednak przekonany, czy rzeczywiście odpowiada za nie system punktowy. Uważam, że na parametryzację, i idący za nią ranking osiągnięć, można spojrzeć inaczej. Uznać ją za przejaw rywalizacji – a ta jest co najmniej tak samo fundamentalna dla człowieka jak posługiwanie się pieniędzmi i umiejętność tworzenia instytucji. Ludzie mają, i zawsze mieli, skłonność do współzawodnictwa. Porównują się, wytwarzają hierarchie i żaden rodzaj społecznej działalności nie pozostaje od nich wolny. Nauka jest też pewnego rodzaju agorą – tyle że żetonami w grze o prestiż, która się w niej toczy, nie są władza bądź pieniądze, lecz wielkość odkrycia i oryginalność myśli.

W tym ujęciu parametryzacja jest narzędziem budowania nauki jako instytucji społecznej, narzędziem zewnętrznym do pewnego stopnia wobec samych badań, ale na pewno niebędącym wobec nich całkowicie obcym. W ostatecznym rachunku bowiem punktowa metoda oceny wytwarza zazwyczaj dość przejrzystą, parostopniową hierarchię. W większości dziedzin, w których przyjęto publikować w periodykach posiadających tzw. współczynnik wpływu, wszyscy zainteresowani wiedzą, że publikacja w piśmie A oznacza pracę przyzwoitą, ale prawdopodobnie niezbyt znaczącą, pismo B sugeruje pracę powyżej średniej, a pismo C w zasadzie nie publikuje prac, które nie są wybitne.

Oczywiście zdarzają się nieprawidłowości, ale mają one raczej charakter statystyczny. Nie słyszałem dotąd o badaczu regularnie publikującym w bardzo dobrych czasopismach, który byłby uważany za złego naukowca, ani też o wybitnym akademiku, którego prace krążyłyby jedynie w obiegu nieformalnym. Na pewno nie można tego powiedzieć o nestorach polskiej nauki – artykuły Kaleckiego, Banacha czy Ajdukiewicza znane były na całym świecie.

Należy też wspomnieć, że hierarchia będąca efektem systemu punktowego jest w dużym stopniu niezależna od wpływów lokalnych środowisk akademickich. Lista krajowych i zagranicznych czasopism, które uznawane są przy ocenie ilościowej, jest bardzo obszerna, a o przyjęciu pracy do druku decydują niezależna redakcja oraz anonimowi recenzenci, niepodlegający zewnętrznej presji. Co więcej, parametryzacja umożliwia porównanie z nauką światową, nie wymuszając go, jeśli droga ta jest z zasadniczych przyczyn zamknięta. W przypadku lokalnego obszaru badań po prostu wszystkie publikacje z tej dziedziny mają ograniczony zasięg oddziaływania. Do twórców systemu finansowania nauki będzie należało uwzględnianie takich sytuacji przy rozdziale środków na badania.

Trzeba też powiedzieć, że ocena ilościowa, i to w swojej najprostszej – bo binarnej – postaci, zawsze była obecna na uniwersytecie. Zatrudnienie na uczelni, przyznanie stopnia naukowego czy otrzymanie grantu – to wszystko są formy przyznawania punktów. Jeden – zatrudnienie, doktorat czy profesura; zero – brak tej pozycji w życiorysie.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Często zapomina się, że naukowcy opłacani są z pieniędzy społecznych, a ich obowiązki dydaktyczne są bardzo ograniczone. Pensum adiunkta to nie więcej niż 6 godzin tygodniowo i to jedynie przez 9 miesięcy w roku. Nawet po doliczeniu czasu poświęconego na przygotowania do zajęć dydaktyka stanowi nie więcej niż 1/4 typowego etatu – reszta zależy od samych wykładowców. Myślę, że osoby obdarzone przez społeczeństwo tak dużą wolnością po prostu muszą być rozliczane ze swojej aktywności. A ocena ta powinna pozwalać na porównania między różnymi dziedzinami i obliczanie średnich wyników. Jedynie jakaś forma oceny ilościowej może spełnić te warunki.

Zalety systemu punktowego naturalnie nie oznaczają, że powinien się on stać jedyną metodą ewaluacji pracy naukowej. Znany mi wydział pewnego amerykańskiego uniwersytetu zatrudnił niedawno osobę, która pracowała tam wcześniej w ramach stażu podoktorskiego. Jest to praktyka niemal niespotykana – od tamtejszych naukowców wymaga się, by zmieniali pracę na każdym kolejnym etapie kariery. Co więcej, zwycięzca konkursu nie miał w swym dorobku ani zbyt licznych publikacji, ani też artykułów w bardzo prestiżowych czasopismach. Przy okazji dowiedziałem się o okolicznościach tego nietypowego wydarzenia. W środowisku specjalistów prace tej osoby oceniane są niezwykle wysoko i panuje zgodna opinia, że przyczyniły się do wyjaśnienia kilku istotnych problemów. Nikt nie miał wątpliwości, że jest to właściwy kandydat na stanowisko, o które ubiegało się wiele osób z całego świata.

Jak wyjaśnić taką sytuację? Oczywiście wykluczałaby ją totalna parametryzacja. Jednak nie byłaby ona też możliwa w instytucji, w której o wszystkim decyduje miejsce w układzie zależności, gdyż wtedy autentyczne dokonania schodzą na dalszy plan.

Tymczasem polska nauka stoi w rozkroku – pomiędzy korporacją cechową, broniącą przede wszystkim interesów swoich własnych członków, a korporacją biurokratyczno-biznesową, kierującą się jedynie wymiernym zyskiem. Aby zmienić tę niekorzystną pozycję, potrzebujemy silnej i stabilnej instytucji, która będzie miała jednak wolę rozliczać się w przejrzysty sposób zarówno z zainwestowanych w nią środków, jak i z wyznawanych przez siebie zasad. Wydaje się, że rozsądnie zastosowana parametryzacja może stać się jednym z narzędzi do osiągnięcia tego celu.