Po 35 latach wracam do tekstu Kisiela i widzę, że – jak często – autor miał rację. Staroświecka na pozór geopolityka nie straciła znaczenia, a rozważania snute przez setki lat przez Polaków na temat naszego położenia między Rosją i Niemcami czy Rosją i Europą są często pasjonujące. Warto przypomnieć, że na ten temat opublikował w 1937 r. świetną książkę główny autor „Polityki” Jerzego Giedroycia – Adolf Bocheński, a Stefan Kisielewski był także bliskim współpracownikiem „Polityki”, a potem paryskiej „Kultury”.

Timothy Garton Ash napisał kilka lat temu, że losy Europy potoczyłyby się inaczej, gdyby Polska geograficznie znajdowała się mniej więcej tam, gdzie Holandia. Istotnie! Ale się nie znajduje i mimo doby nuklearnej rolę geopolityki widać jak na dłoni. W zasadzie jesteśmy w Unii Europejskiej, ale również jesteśmy między Rosją a Niemcami i zupełnie nic na to nie możemy poradzić.

Oczywiście nie ma sytuacji identycznych i obecnie dzięki temu, że jesteśmy w NATO i UE, nie jesteśmy tylko między Rosją a Niemcami, a nasza sytuacja geopolityczna nie jest tak dramatycznie zła jak w okresie II Rzeczypospolitej. Jednak z powodów właśnie geopolitycznych problem Ukrainy dotyczy nas nieporównanie bardziej niż Hiszpanii lub Włoch. Wszyscy solidaryzują się z Ukraińcami, ale dla nas to sprawa zasadnicza, dla innych tylko honoru i przyzwoitości.

Sprawa Ukrainy ma wymiar geopolityczny nie tylko dlatego, że chcielibyśmy zbudować zgodnie z tradycją myślenia Giedroycia i Kisiela (a także Piłsudskiego) pas niepodległych i przyjaznych Polsce państw określany mianem ULB. Co na razie wydaje się celem równie słusznym jak mało realnym, ale także z powodów pozornie banalnych. Jakie to powody? Część z nich jest oczywista, co wynika z bezpośredniego sąsiedztwa, a więc pomoc ludziom, przyjęcie ewentualnych uciekinierów czy zawieszenie sporów historycznych trwających kilkaset lat. Część powodów ma jednak charakter nieco bardziej skomplikowany. Otóż dla nas Ukraina, która nie będzie silnym samodzielnym państwem, może być wylęgarnią rozmaitego rodzaju rosyjskich prowokacji, które nie mają niewinnego charakteru, jak widzimy już teraz na podstawie pierwszych prorosyjskich poglądów wygłaszanych w Polsce. Zupełnie inną wagę ma prorosyjskie stanowisko byłych wybitnych polityków niemieckich, a nadmierna – w mojej ocenie – „elastyczność” niektórych polityków polskich. Polska jest zupełnie nieźle zorganizowanym krajem, ale żaden kraj nie znosi dobrze wojny podjazdowej, bo z nią trudno jest walczyć.

Ponadto jesteśmy wschodnim bastionem NATO i wprawdzie cieszymy się, kiedy słyszymy, że polska wschodnia granica (mieszkam 30 km od niej w linii prostej) zostanie wzmocniona wojskami, a zwłaszcza lotnictwem NATO, ale pamiętajmy, że zabieg taki ma swoje konsekwencje praktyczne, czasem na trywialnym poziomie, których nie pora rozważać, ale które wcale nie są błahe. Nie ma naturalnie innego wyjścia, ale nie ma też powodu do wpadania w entuzjazm.

I wreszcie, nikt nie zadaje sobie dzisiaj pytania, bo przeważają sprawy doraźne, czy w przyszłości wolimy mieć za sąsiada Rosję słabą i niestabilną, jak to w gruncie rzeczy jest teraz, czy spokojną, chociaż nieeuropejską. Odpowiedź na to pytanie dalece nie jest prosta i – na razie czysto teoretycznie – powinno się ją rozważać. A zatem – niestety – Polska pozostanie sąsiadem Rosji, a kwestia Polski między Rosją a Niemcami czy Unią Europejską mimo wszystko nie straciła geopolitycznego znaczenia.