Piskorski przeanalizował informacje, które spływają na temat zestrzelenia malezyjskiego boeinga 777 i wyciągnął wnioski.

Po pierwsze, wiemy, że samolot leciał inną niż jeszcze kilka dni temu trasą, nie starając się nawet ominąć strefy działań wojennych. Porównanie lotów z ostatnich dni pokazuje wyraźnie, że zazwyczaj lot ten odbywał się szlakiem położonym o kilkadziesiąt kilometrów dalej na południe - pisze były poseł Samoobrony na swoim blogu w onet.pl.

CZYTAJ TAKŻE: Zmienili trasę, by zestrzelić i obciążyć separatystów. Rosyjska wersja katastrofy samolotu>>>

Po drugie, wiemy, że zestrzelenie mogło nastąpić z ziemi - wyrzutniami S-300 lub "Buk", albo z powietrza. Zaawansowanego sprzętu siły DNR raczej nie mają, podobnie jak ludzi zdolnych do jego obsługi. Myśliwce Su-25 ukraińskich sił zbrojnych regularnie latały i brały udział w działaniach wojennych, ostrzeliwując Donbas nawet w ostatnich dniach - dodaje Piskorski. 

Poza tym jego zdaniem oświadczenie Petra Poroszenki wskazuje na to, że chce on koniecznie umiędzynarodowić konflikt na Ukrainie. 

Z tych pobieżnych informacji wyłania się obraz pewnego scenariusza. Kijowskie władze potrzebują militarnego wsparcia Amerykanów i ich satelitów. Potrzebują casus belli, argumentu, który pozwoli uzasadnić opinii publicznej państw NATO konieczność interwencji lądowej po stronie Ukrainy. Nic nie wzburza opinii publicznej tak, jak widok ciał setek cywilnych pasażerów, w tym dziesiątek dzieci. Nagłówki zachodnich mediów już w pierwszych godzinach po katastrofie krzyczały wytłuszczonymi literami "Rosjanie zestrzelili samolot pasażerski!". Po trupach kilkuset ofiar lecących z Amsterdamu do Kuala Lumpur Poroszenko i jego mocodawcy zza oceanu prą do III wojny światowej - stwierdził Piskorski.