Decyzja Donalda Tuska o oficjalnym wysunięciu kandydatury Sikorskiego oznacza jedno – sam Tusk chce tym samym uciąć spekulacje na temat swoich własnych aspiracji do fotela szefa Rady Europejskiej. Inna sprawa to pytanie, na ile realne były jego szanse. – Naszym kandydatem jest Sikorski i teraz walczymy o niego – to komunikat premiera Tuska.

Stanowisko szefa unijnej dyplomacji i jednocześnie wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej to jedno z czterech czołowych i najbardziej prestiżowych stanowisk unijnych (obok szefa Parlamentu Europejskiego, Komisji i Rady). Zatem walcząc o ten fotel Polska gra o najwyższą stawkę. Choć gwoli uczciwości przyznać trzeba, że jest to pozycja bardziej prestiżowa niż faktycznie mająca wpływ na prawdziwą politykę. Tak jest ponieważ i wspólna polityka zagraniczna Unii Europejskiej nie istnieje w praktyce – a nie istnieje, bo nie ma na to zgody państw członkowskich.

Sikorski na pewno nie chciałby być tylko malowanym szefem unijnej dyplomacji typu Ashton bis – ma zbyt duże ambicje i zbyt silne dążenie do autonomicznej pozycji. To jest jego zaletą, ale i największą wadą. Bo, tak jak pisałam, potrzebny jest ktoś kto będzie raczej negocjatorem i mediatorem krążącym między stolicami europejskimi i starającym się znaleźć najmniejszy wspólny mianownik. Dlatego szanse Sikorskiego są niestety mniejsze niż najgorszej z możliwych kandydatek – włoskiej minister spraw zagranicznych Federiki Mogherini. Na jej korzyść przemawiają parytety, będące zmorą polityki – czyli fakt, że jest kobietą i socjalistką.

Czy Donald Tusk o tym nie wie? Zapewne zdaje sobie sprawę, że Sikorski nie ma wielkich szans. Po co zatem upiera się przy nim? Ano po to, by grając o najwyższą stawkę, uzyskać coś dobrego w zamian. W tym przypadku zatem Sikorski jest jedynie instrumentem do wywalczenia dla Polski mocnego port folio. Bo przecież skoro nie dostaniemy teki wysokiego przedstawiciela, należeć się nam będzie stosowna rekompensata.

Czyli wspomniane dobre gospodarcze port folio. Połączone być może z pozycją wiceszefa KE. Parafrazując więc klasyka można rzec : mówię Sikorski, myślę (no właśnie? Jan Krzysztof Bielecki? A może Danuta Huebner?).
Taka strategia byłaby całkiem sensowna. I świadczyłaby o racjonalnym podejściu do polityki międzynarodowej.

CZYTAJ TAKŻE: Radosław Sikorski oficjalnie zgłoszony na szefa unijnej dyplomacji>>>

ZOBACZ TEŻ: Polsko-włoska rozgrywka o stanowisko szefa unijnej dyplomacji>>>