Mira Suchodolska: Do kin wchodzi film "Bogowie" o pana ojcu Zbigniewie Relidze. Ale rozmawiać będziemy nie o nim, a o panu. I o fachu, który pan wykonuje. Proszę pokazać dłonie... Słuszne, choć nie największe, jakie widziałam u kardiochirurga.

Grzegorz Religa*: Zapewniam, że są jednymi z większych.

Zawsze mnie zadziwiał widok takich wielkich facetów dokonujących swoimi wielkimi dłońmi precyzyjnych operacji na sercu. Choć długo wzbraniali się przy nim majstrować. XIX-wieczny chirurg Theodor Billroth miał powiedzieć: Chirurg, który by kiedyś próbował zszyć ranę serca, może być pewny, że na zawsze utraci szacunek kolegów.

Do pierwszych operacji na sercu doszło na przełomie XIX i XX wieku, choć próbowano już wcześniej. Był np. Dominique-Jean Larrey, lekarz armii napoleońskiej, który leczył operacyjnie rany drążące serca. Spośród siedmiu pacjentów ponoć czterech przeżyło. Jednak dopiero następne dwa wieki ośmieliły lekarzy, żeby zajęli się tym na co dzień. Inna sprawa, że to był czas wielkich wojen, które zawsze są dźwignią postępu w medycynie. Pierwsi operacje na otwartym sercu zaczęli robić Amerykanie. 10 lipca 1893 r. Daniel Hale Williams uratował życie swojego pacjenta zranionego nożem, usuwając koniec tego narzędzia tkwiący w sercu. Co ciekawe, i chirurg, i jego pacjent byli Afroamerykanami, więc przez kilka dziesięcioleci ten wyczyn pozostawał w zapomnieniu, choć człowiek, któremu pomógł, żył w zdrowiu jeszcze 20 lat. Po Williamsie byli kolejni pionierzy, np. Włoch Guido Farina w 1896 r., ale jego pacjent zmarł.

Przeżył za to ranny, który trafił w ręce niemieckiego chirurga Ludwiga Rehna, także w 1896 r. Więc to Rehn przeszedł do historii kardiochirurgii jako pionier.

Ale to w USA operacje na otwartym sercu były wykonywane najczęściej i z największą odwagą. Europa była w tyle, tu chirurdzy woleli być zachowawczy, woleli operować tak, jak to robili ich ojcowie i dziadowie. Oczywiście były jednostki, które się wyłamywały z tego schematu, ale nieliczne.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o Polakach. Witold Horodyński już w 1898 r. usiłował ratować pacjentkę z raną serca. Był Wacław Maliszewski. I Jan Borzymowski – on zaczął łatać poranione serca już w 1902 r., a pacjent, któremu zszył ranę po nożu, rok później nie tylko całkowicie wyzdrowiał, ale parę miesięcy później został zatrzymany przez policję za udział w bójce na noże.

Taka to nasza, lekarzy, robota: ratujemy ludzi, żeby mogli dalej żyć po swojemu. Raz lepiej, raz gorzej. W przypadku fachu, który wykonuję, akurat chodzi o serce.

To czym jest w rzeczywistości serce, jeśli nie miejscem, gdzie skrywamy miłość? I dlaczego, pomijając kulturowe tabu, tak trudno było z sukcesem je operować?

Serce jest pompą. Największą trudnością, z jaką się mierzyli chirurdzy, było zachowanie krążenia: bo jeśli pacjent ma przeżyć, krew musi krążyć w jego żyłach. Ale żeby zoperować serce, w przypadku poważniejszych zabiegów należy to krążenie zatrzymać. A tego nie potrafiono. Pierwsze operacje, jakie robiono, musiały się więc odbywać błyskawicznie: w ciągu kilkudziesięciu sekund, góra paru minut.

Wyobraża pan sobie taką akcję: musi pan załatać dziurę w sercu pacjenta, który jest przytomny, bo narkozy także nie znano, w dodatku ma pan na to dwie minuty?

Jeśli mógłbym w ten sposób uratować komuś życie, to jak najbardziej. Kwestia koncentracji. Z tym że pacjenta trzeba by było przywiązać, a wcześniej czymś otumanić, jak to robiono w tych pionierskich czasach, np. alkoholem. Poza tym operacja na sercu jest nieporównanie mniej bolesna niż ta odbywająca się np. w powłokach brzusznych. I to z założeniem, że trzeba przedostać się przez żebra do klatki piersiowej. Niemniej ja bym nie chciał być w tamtych czasach pacjentem.

To wróćmy do trudności rzemieślniczych. Pokonaliśmy tabu, nauczyliśmy się szybko, sprawnie zaszywać te rany. Ale jest kłopot z pompą...

Już ponad 50 lat temu usiłowano dać sobie radę z tym, jak utrzymać krążenie ustrojowe. Najpierw próbowano sztuczki z wykorzystaniem w roli pompy drugiego człowieka. Myślano: jeśli połączy się dwa organizmy, to ten zdrowy będzie przepompowywał krew także w ciele operowanego. Ale to nie bardzo wychodziło, bo problemem były choćby grupy krwi, o których nie wiedziano wiele. Więc pozostawało przepompowywanie tej krwi w sposób mechaniczny. Pompa to proste urządzenie, znane od dawna, ale w przypadku operacji na sercu okazało się to bardziej skomplikowane. Choćby z tego względu, że nie wystarczy krwi przetłaczać. Trzeba ją także natlenić. I to się udało – oczywiście Amerykaninowi. Twórcą krążenia pozaustrojowego był John Heysham Gibbon, który w 1953 r. wykonał pierwszą operację przy wykorzystaniu wymyślonego przez siebie płucoserca. Potem to już poszło.

Zwłaszcza że było wiele do zrobienia. Po zszywaniu ran przyszła kolej na korygowanie wad serca, szczególnie u dzieci. To było motorem postępu?

Operacje na młodych osobnikach są o tyle prostsze, że ich organizmy są silniejsze i dają większą szansę na przeżycie. No i włącza się jeszcze niezgoda: bardziej przejmujemy się dzieckiem, które ma umrzeć, niż człowiekiem w latach, który już przeżył swoje życie. Ale tak naprawdę motorem jest prosty fakt, że człowiek jako gatunek nie poddaje się losowi, nie chce poddawać się przeznaczeniu.

Przede wszystkim nie godzi się ze swoją śmiertelnością, buntuje się przeciwko niej.

Coś w tym jest, choć mnie to przeraża. Nie wyobrażam sobie świata, w którym ludzie nie umierają. Kiepski ze mnie filozof, ale postaram się wytłumaczyć: coś, co trwa w nieskończoność, traci wartość. Nasze życie ma sens dzięki wartościom, wokół których się obraca. Dzięki ulotności jest więc cenne. Dla mnie ważniejsze jest to, aby ludzie żyli w zdrowiu, niż to, by byli nieśmiertelni.

Niemniej lekarze, spinani ostrogą ambicji, marzeń, ale także presji ze strony zwykłych ludzi, wychodzili i wychodzą ze skóry, aby rzucić wyzwanie bogom, do których są porównywani. Następną przeszkodą był przeszczep.

Idea prosta, choć trudna w zrealizowaniu, bo nie znano leczenia przeciwodrzutowego. Przeszczepów innych narządów dokonywano już wcześniej – np. w 1954 r. Joseph Murray i John Merrill dokonali pierwszej udanej transplantacji nerki pacjentowi, z tym że pochodziła ona od brata bliźniaka, więc niebezpieczeństwo odrzutu było niemal żadne. Ale serce jest jedno, nie da się dać komuś jego kawałka. Przełomem było wynalezienie cyklosporyny hamującej reakcje immunologiczne. Dzięki niej prof. Christiaan Barnard w 1967 r. mógł się pokusić o pierwszą w świecie próbę transplantacji serca.

On był z RPA.

Ale jego następcy wywodzili się ze Stanów.

I z Polski. Zespół pod kierownictwem Jana Molla zrobił pierwszy przeszczep serca nad Wisłą dwa lata później. Po nim nastała kardiochirurgiczna zima. Trzeba było czekać 16 lat, zanim na kolejną próbę odważył się – 5 listopada 1985 r. – pana ojciec. Dlaczego?

Z obecnie niezrozumiałych przyczyn (śmiech). Profesora Molla odsądzono od czci i wiary, bo jego pacjent umarł. To normalne, że podczas pionierskich zabiegów często zdarza się, że pacjenci giną. Ale bez operacji i tak nie mieliby szansy na życie. Jednak po tym, jak potraktowano Molla i jego zespół, inni lekarze się bali. Proszę też pamiętać, że leczenie antyodrzutowe, diagnostyka, sposób klasyfikowania chorych do operacji były wówczas w powijakach.

To dlaczego pana ojciec się odważył?

Ojciec był, jaki był. Dużo przebywał w USA, gdzie takie rzeczy się robiło, pracował z ludźmi, którzy się nie bali. To go ukształtowało. Jeśli w coś wierzył, to się nie bał. A w każdym razie umiał ten strach pokonać.

W tym czasie, kiedy to się działo, był pan dzieciakiem. Coś zostało w pamięci z tych chwil?

Byłem osiemnastoletnim gówniarzem, żyłem życiem nastolatka w Warszawie, ojciec dokonywał swoich czynów w Zabrzu. Pamiętam jak przez mgłę złe chwile, kiedy do naszego mieszkania zaczęły przychodzić telegramy z potępieniami od ludzi w całej Polsce, bo pacjent z przeszczepionym sercem zmarł po dwóch miesiącach z powodu sepsy. Ale ja miałem swoje życie. Byłem punkiem, jeździłem do Jarocina, chodziłem na koncerty.

Bił się pan z metalami?

Ja się prawie w ogóle nie biłem, chyba że zostałem do tego zmuszony, parę razy w życiu się tak wydarzyło. Raz dostałem łomot od skinheadów, potem schodziłem im z drogi. Czułem się humanistą, czytałem książki.

Medyczne? A może pan rozprawiał z rodzicami o trudnych przypadkach przy niedzielnym stole, między rosołem a schabowym?

U mnie w domu o medycynie się w ogóle nie rozmawiało. Ojciec nie przynosił roboty do domu, mama też nie. Jeśli rozmawiali o trudnych przypadkach, to między sobą, więc razem z siostrą byliśmy od tematyki medycznej impregnowani. Ona do mnie przyszła sama, niepostrzeżenie. Kiedy trzeba było wybierać po ogólniaku, co się chce robić w życiu, jawiła się jako jedyna sensowna możliwość. Bo choć kochałem książki, w ich czytaniu nie widziałem przyszłości. Z matmy, z fizyki nie byłem najlepszy, co zamykało przede mną bramy politechniki. Więc wybrałem medycynę, choć za pierwszym podejściem się na nią nie dostałem. Pracowałem jako salowy na bloku operacyjnym, żeby zarobić na punkty, które jako dziecku z inteligenckiego domu mi nie przysługiwały za pochodzenie. I ten rok z miotłą i szmatą zadecydował, że medycyna stała się moim powołaniem.

Pan dojrzał po tym roku pracy ze ścierą?

Tak, to była ciężka robota. Ale pozwoliła mi, na tym bloku operacyjnym kliniki urologicznej, zrozumieć zasadniczą sprawę: że można coś własnymi rękami zrobić, żeby życie innych ludzi było nie tylko dłuższe, ale i lepsze. Raz, że spotkałem kilku fajnych lekarzy, którzy byli także dobrymi ludźmi. Dwa, że spostrzegłem niesamowite przemiany, jakie na skutek kontaktu ze środowiskiem lekarskim, przeżycia sytuacji ekstremalnych, na pograniczu śmierci, zachodzą w pacjentach.

Więc stwierdził pan, że będzie leczył ciała i dusze zarazem. Studia były ciężkie?

Tak się o nich mówi, pewnie z powodu pierwszych dwóch lat, które więcej mają wspólnego z kuciem na pamięć książek telefonicznych niż ze studiami. Ale potem doszły zajęcia kliniczne i zrobiło się interesująco. Choć nie byłem przodującym studentem, żeby była jasność. I prawda jest też taka, że zawodu nauczyłem się podczas pierwszych lat pracy, a nie na salach akademii medycznej, choć tam zdobyłem podstawy. Miałem to szczęście, że terminowałem na izbie przyjęć, za cały aparat diagnostyczny mając stetoskop. No i jeszcze szefa, który wykładał nam, młodym, że zawsze możemy przyjąć pacjenta na oddział, jeśli uważamy, że tego potrzebuje. Ale odmówić mu przyjęcia mogliśmy tylko po konsultacji z bardziej doświadczonym kolegą. To był z jednej strony dupochron dla niego, ale też zmuszenie nas do podejmowania decyzji. To jedna z największych umiejętności, jakie może posiąść lekarz: podjąć decyzję ze świadomością jej możliwych konsekwencji.

Zanim jednak zdecydował się pan na grzebanie w sercach innych ludzi, robił pan specjalizację z chirurgii ogólnej, czyli miękkiej.

To była III Klinika Chirurgii II Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie. Miała same zalety i tylko jedną wadę: trafiali tam najbardziej skomplikowani pacjenci. I operowaniem ich zajmowali się doświadczeni fachowcy. Dla młodych zostawało mało.

Kazali panu trzymać haki, w najlepszym przypadku wycinać wyrostki...

I pęcherzyki żółciowe w ramach bonusu. Wprawdzie wyrobiłem liczbę zabiegów, żeby móc zrobić specjalizację, ale nie spełniało to mojej wizji na temat tego, jak powinno wyglądać życie chirurga. Nie chciałem czekać, zwłaszcza że widoki na to, iż coś się szybko zmieni, były małe. Mogłem więc pójść do szpitala powiatowego, gdzie miałbym mnóstwo roboty przy stole, albo szukać czegoś innego. Więc pomyślałem o kardiochirurgii – ona ma to do siebie, że są albo wielkie operacje, albo nie ma ich wcale. To przeważyło, żebym zaczął się starać o przyjęcie do warszawskiego Instytutu Kardiologii.

No i fakt, że ojciec w tym robił.

Robił. Ale w tym czasie w Zabrzu. Miałem jeszcze tego kopa, że kardiochirurgia jest dziedziną dość szeroką, musiałem posiąść wiedzę z zakresu kardiologii, dowiedzieć się wszystkiego o układzie krążenia. To było wyzwanie, bo chciałem się rozwijać. Ale żeby być uczciwym: mam wielki szacunek do chirurgii ogólnej. Jest trudniejsza, bardziej zróżnicowana, bardziej wymagająca od kardiochirurgii. Tak pod względem wiedzy, jak i zwyczajnie rzemieślniczym. Tyle że mnie dała większe pole manewru i możliwości rozwoju.

Teraz łamie pan kolejne tabu. Chirurg miękki to brzmi zwyczajnie, mało interesująco. Kardiochirurg jest równy bogom.

Teraz narażę się kolegom, ale prawda jest taka, że my robimy w sumie trzy rodzaje rutynowych operacji. Bajpasy, wymianę zastawek, czasem się trafią ciekawsze zabiegi przy wadach wrodzonych. Od przypadku transplantacja, która dziś nie jest czymś wymagającym magicznych zdolności. Proszę mi wierzyć, to wszystko rzemiosło, którego można i trzeba się nauczyć. Trudność prawdziwa, sekret bycia dobrym kardiochirurgiem, polega na czymś całkiem innym. Na umiejętności kwalifikowania chorych do operacji, na zdolności podejmowania szybkich decyzji. Bo każdy chory jest inny, choruje inaczej, wymaga więc instynktu i wyczucia pochodzących z doświadczenia.

Ile pan przeprowadził operacji na otwartym sercu?

Nie liczyłem, serio. Ale spróbujmy oszacować. Od 1997 r. pewnie więcej niż dwa tysiące. A tych, w których brałem udział, asystowałem, było kilka razy więcej.

A te najtrudniejsze?

W jaki sposób trudne? Trudne są bajpasy, bo pracuje się na naczyniach o średnicy 2 mm. Więc technicznie trudne, ale częste, po kilkadziesiąt rocznie, więc rutynowe.

Takie, kiedy coś się posypało w trakcie, ale mimo wszystko się udało.

Co jakiś czas się zdarza, że się sypie. Jak się udaje, jest wielka satysfakcja. Czasem się nie udaje. Coraz rzadziej. Bo jest postęp w medycynie. I dochodzi właśnie to doświadczenie, o którym mówiłem. Ale za każdym razem, jak się uda, jest wielka satysfakcja.

A jak nie?

Trzeba jakoś z tym żyć, wyprzeć ze świadomości, iść dalej i operować. Ja zawsze szukam winy w sobie: zrobiłem błąd, co się stało. Najgorzej jest, kiedy ginie pacjent, który miał dobre rokowania. Bo jeśli się ratowało życie takiemu, który bez zabiegu nie miał szans, łatwiej się z jego śmiercią pogodzić. A tak, to dół, bezsenne noce. Jednak nie wolno się roztkliwiać, bo człowiek nie byłby w stanie wykonywać swojego zawodu.

To niech mi pan opowie o pierwszym swoim kardiochirurgicznym pacjencie, którego nie zdołał pan uratować.

A właśnie, że nie opowiem. Po co? Opowiem o pierwszym kardiochirurgicznym w ogóle. Kiedy zacząłem myśleć o tej specjalizacji, pojechałem na miesiąc do kliniki kardiochirurgii Górnośląskiego Centrum Medycznego w Ochojcu, żeby się porozglądać. Pod koniec tej nieoficjalnej praktyki prof. Stanisław Woś, który był tam szefem, zaproponował, żebym zoperował przypadek ASD, dziury w przegrodzie międzyprzedsionkowej. To prosty zabieg, ale asystowały mi dwie sławy: prof. Woś właśnie i prof. Andrzej Bochenek. Trzydziestoparoletni pacjent przeżył, na szczęście.

Proszę opowiedzieć mi o innych swoich sukcesach. Z czego jest pan dumny? I proszę się tak nie marszczyć, nie robić min.

Jeśli mnie pani pyta o sukces, odpowiem. Mechaniczne wspomaganie serca w Polsce. Ten temat zaczął ojciec, bo nic się nie działo w kardiochirurgii bez jego udziału. Ale to, że teraz istnieje i działa w takiej postaci, to zasługa może nie tyle moja, ale fantastycznego zespołu, który poświęcił mu wiele lat ciężkiej pracy. I to w czasach, kiedy nikt w jej rezultaty nie wierzył, bo była zbyt trudna, a rokowania złe. Dziś ta metoda jest powszechnie stosowana i stanowi jedyną realną alternatywę wobec przeszczepów serca. Jest ich wciąż zbyt mało, bo dawców jest mało. A potrzeby ogromne. Tymczasem urządzeń możemy sobie wyprodukować tyle, ile chcemy.

Mówi pan „mechaniczne wspomaganie serca”, a ja słyszę „sztuczne serce”. I przypominam sobie te prototypy w Zabrzu tworzone pod okiem pana taty: wielkie pompy pozaustrojowe, które dawały pacjentowi trochę czasu.

To jest dziś metoda powszechnie stosowana w przypadku pacjentów, których własne serce nie daje rady. Od ponad pół wieku kombinowano, jak to zrobić, by chory, niewydolny narząd przynajmniej na jakiś czas zastąpić. Choćby do czasu, aż znajdzie się dawca. Więc najpierw były sztuczne komory pozaustrojowe – wielkie urządzenia, które znajdowały się poza ciałem chorego. To był wielki postęp, ale też wielkie ryzyko infekcji, poza tym pacjent był przykuty do szpitalnego łóżka. Od kilkunastu lat te urządzenia są zmniejszane, tak aby większość aparatury znajdowała się w ciele. Obecnie duże, elektromechaniczne aparaty są zastępowane przez elektroniczne, coraz mniejsze i mniejsze, które można całkowicie schować we wnętrzu człowieka.

To ja teraz poproszę tak bardziej konkretnie i technicznie. Jak to działa?

Jeśli serce, które jest pompą, nie pompuje krwi, bierze się maleńką pompę o przepływie wirowym, czyli ciągłym, która jest zwykle wielkości zapalniczki, przy czym najmniejsze są wielkości baterii typu paluszek. Wszczepia się ją do koniuszka serca, łączy się ją kaniulą, czyli sztuczną żyłą, z aortą. A cienki przewód elektryczny przeprowadzony przez ciało i skórę łączy to wszystko ze sterownikiem urządzenia, który pacjent wiesza sobie na pasku czy chowa w torebce.

Ale to nie jest jeszcze kres tego, nad czym pracują lekarze i inżynierowie w Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi.

No nie, na dniach wejdzie urządzenie do przezskórnej transmisji danych i energii. Może nie na dniach, ale w ciągu kilku lat, badania są bardzo zaawansowane.

To teraz proszę po ludzku, jak do pacjentów i do blondynki.

Chodzi o to, że urządzenia dostępne na światowym rynku wymagają połączenia cienkim, ale jednak kabelkiem, przeprowadzonym przez organizm pacjenta, tej pompy z zasilaniem i sterownikiem. Niedługo będzie tak, że pacjentowi przyklei się dwie naklejki – na skórze i pod skórą – które będą przewodzić energię bez konieczności dziurawienia ciała. Bo nawet najmniejsza dziurka to szerokie wrota dla infekcji, która – mimo starań – musi nadejść. I pojawiają się komplikacje, które skutkują nawet śmiercią pacjenta. Kiedy te aparaty z naklejkami wejdą do użytku, nie będzie tego problemu. Nad tym rozwiązaniem pracują naukowcy w USA i gromada szaleńców w zabrzańskiej fundacji pod wodzą Romana Kustosza. Są kuszeni przez wielkie amerykańskie koncerny milionowymi kontraktami, i to w dolarach, ale jako wariaci robią to wszystko w Polsce i dla polskich pacjentów.

Ile czasu im potrzeba?

Kilka lat. Teraz są w fazie eksperymentów laboratoryjnych i na zwierzętach, aby przejść do klinicznych, na ludziach, brakuje mnóstwo pieniędzy.

Dlaczego, mając takie wyniki, takie patenty, milczycie? Trzeba krzyczeć, żeby posypał się deszcz złota.

Oj, zabrakło mojego ojca. On był dobry nie tylko w operowaniu, ale i w robieniu PR. Ja tego tak nie potrafię.

Może czas to zmienić? Skąd fundacja bierze pieniądze, poza tym jednym procentem, który tak się rozwodnił, że już nie działa?

Coś tam wyżebrzemy od firm, od sponsorów. No i najważniejsze: w fundacji pracują ludzie z wielkim dorobkiem naukowym, którzy wygrywają konkursy o granty, te krajowe i te unijne. Dzięki nim to się jakoś toczy. Ale wydaje mi się, że zainteresowanie kardiochirurgią też się skończyło, w każdym razie zamarło.

Nie sądzę, żeby zainteresowanie osłabło, bo coraz więcej ludzi potrzebuje pomocy kardiochirurgicznej. Żyjemy coraz dłużej, pijemy, palimy, choroby wieńcowe zbierają śmiertelne żniwo. Pan też z paczką fajek, jak pana ojciec. To w jakimś sensie pocieszające, że lekarze nie są mądrzejsi niż ich pacjenci.

Ja jestem właśnie w fazie pomiędzy rzucaniem palenia. Ale ma pani rację, wiedza w pewnych sprawach nie na wiele się przydaje. Jednak rzucam, choć wychodzę z założenia, że człowiek powinien mieć jakieś przyjemności w życiu. A ja, mając w pamięci odpapierosową chorobę ojca, cholernie lubię palić.

Wracając do zainteresowania: ze dwa lata temu pojawiły się doniesienia o robocie, który w miejsce lekarzy będzie wykonywał operacje, także te na sercu.

Na razie to gadżet. Można go wykorzystywać do operacji mało inwazyjnych, takich, gdzie sprawdzają się techniki endoskopowe.

To jeśli nie robotyka i endoskopia są perspektywą kardiochirurgii, to co? Bo nie przeszczepy odzwierzęce, z tych już chyba całkiem zrezygnowano.

Przynajmniej na jakiś czas: za dużo kłopotów. Tym, co się jawi jako przyszłość, jest bioinżynieria. Wyprodukowanie własnego odpowiednika danego organu z naszych własnych komórek. Nie wiem, czy to się zdarzy w ciągu kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu lat, ale się wydarzy, tego jestem pewien.

To jakie są perspektywy przed kardiochirurgią, jeśli na efekty bioinżynierii przyjdzie nam jeszcze poczekać?

Mechaniczne wspomaganie to realna perspektywa i, jak mówiłem, optymalna alternatywa wobec przeszczepów. Teraz oczy naukowców zwracają się w stronę dzieci, które były w tej materii nieco poszkodowane. Raz, że większość spośród małych pacjentów cierpi na wady serca, które można korygować w inny sposób. Dwa, że z powodu wielkości urządzeń do wspomagania pracy serca nie bardzo się nadawały do zabiegów. Trzy – nie było pomysłu, co z takim pacjentem robić dalej. Wyobraźmy sobie transplantację serca u dwulatka. Taki przeszczepiony organ, średnio rzecz biorąc, działa przez dziesięć lat. Co potem? A nawet zakładając, że miniaturyzacja aparatury medycznej posunie się jeszcze dalej – wszczepimy maluszkowi takie maleńkie sztuczne serce, z którego za chwilę wyrośnie. Do tej pory, jeśli wada była zbyt rozległa, żeby ją leczyć w klasyczny sposób, nie leczono jej, po prostu. Jednak wszystko jest kwestią potrzeb i pieniędzy, jakie można w daną dziedzinę włożyć. Więc zainteresowanie świata medycznego dziś przesuwa się w stronę najmłodszych pacjentów, których z wielu powodów przybywa.

Alternatywą dla kardiochirurgii mają być heart teamy.

To określenie wytrych, bardzo modne obecnie i często używane. Chodzi o to, że o sposobie leczenia pacjenta powinien dziś decydować zespół specjalistów. Nie tylko kardiochirurg, lecz także kardiolog interwencyjny, kardiolog zwyczajny, anestezjolog, radiolog, psycholog... Do głosu dochodzą dziś metody leczenia przezskórnego, które nie wymaga otwierania pacjenta. To są nowoczesne techniki, które fantastycznie sprawdzają się w pewnych przypadkach. Zamiast bajpasów robi się balonikowanie, czyli rozszerzanie tych odcinków. Tak samo z tętniakami – zamiast wyciąć fragment objęty zmianami, aby zastąpić go sztucznym naczyniem krwionośnym, stosuje się stent grafty. Jest to rodzaj rurek wprowadzanych przez nacięcie w tętnicy, które się rozpierają w obszarze patologicznym, aby go wzmocnić od środka. Tym sposobem można także wstawiać zastawki aortalne, są prowadzone już próby z mitralnymi.

Zaraz, zaraz, ale przecież zastawkę trzeba jakoś wszyć.

Nie trzeba, taka zastawka wszczepia się niejako sama, ma takie pazurki, którymi zapiera się w mięśniu sercowym. Mówię pani, świetna sprawa. I duża szansa dla pacjentów, którzy np. nie byliby w stanie znieść normalnego zabiegu.

No i proces rekonwalescencji krótszy, bo zamiast wielkiej rany pozostaje zadraśnięcie.

Tyle że, przynajmniej jak teraz to wiemy, odległe – czyli liczone w latach – wyniki kardiochirurgii klasycznej są o wiele lepsze niż kardiochirurgii interwencyjnej. Ona ma, to prawda, wliczone w rachunek większe ryzyko zabiegu, większe cierpienie, uraz, ale też trzeba wziąć pod uwagę to, że więcej np. bajpasów działa bez zastrzeżeń w terminie od 0,5 do roku niż stentów. Więc mamy co robić, nie narzekamy na brak zajęcia. Inaczej kardiolodzy by już nas zjedli, co zresztą zapowiadają od lat.

Tymi dużymi, niezgrabnymi rękami. Bez manikiuru. I z zimną krwią.

No właśnie.

*Dr n. med. Grzegorz Religa, pracuje w warszawskim Instytucie Kardiologii im. Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego, od 2003 r. szef zespołu mechanicznego wspomagania serca, członek zarządu Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. Zbigniewa Religi

CAŁY WYWIAD na gazetaprawna.pl >>>