Odnosi się w ten sposób do zaplanowanego na 13 grudnia marszu w obronie demokracji - w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego.

"PiS-owski marsz w obronie demokracji nie będzie żadnym zamachem na demokrację i państwo. Co najwyżej - na rozum i poczucie smaku" - przekonuje Tomasz Lis w "Newsweeku". 

Zdaniem publicysty uzurpowanie sobie przez partię Jarosława Kaczyńskiego prawa do tamtych wydarzeń nie powinno jednak dziwić. Jak przekonuje, "jeśli można instrumentalizować politycznie tragiczną śmierć 96 osób na pokładzie prezydenckiego samolotu, to żaden kolejny popis skrajnego cynizmu szokować nie może". 

Ale zdaniem redaktor naczelnego "Newsweeka" w zapowiedziach marszu jest też element komiczny.

"Oto człowiek, który chyba jako jeden z ostatnich Polaków dowiedział się o wprowadzeniu stanu wojennego (jak sam mówi - ok. godz. 11) będzie protestował przeciw władzy popychającej Polskę w stronę Białorusi" - pisze, wyliczając przy tym przeciwko komu będzie protestować Kaczyński.

"Przeciw prezydentowi i marszałkowi Senatu, którzy od wielu godzin byli w obozie internowania, kiedy pan Jarosław przecierał oczy po przebudzeniu w mamusinych pieleszach" - wskazuje.

Wypowiedź Tomasz Lisa kończy wpis, że "Kaczyński najwyraźniej nigdy nie wybaczy komunistom, że w 1981 całkowicie go zignorowali".