Klara Klinger: Większość znanych mi matek, już będąc w ciąży, miała podręcznik mówiący o tym, jak radzić sobie z dzieckiem w pierwszym roku życia. Istnieje szkoła rodzenia, która też uczy obsługi noworodka. A po porodzie przychodzi położna finansowana przez państwo. Kiedy jednak pojawia się problem z nastolatkami, większość rodziców jest sama i bezradna.

Michał Pozdał*: To prawda, że rynek parentingu skupił się przede wszystkim na noworodkach i tych najmłodszych dzieciach. A przecież kiedy w rodzinie pojawia się nastolatek, dla wielu szok jest podobny jak przy pojawieniu się noworodka. Całe życie, czyli poprzednich 10–12 lat, rodzice byli przyzwyczajeni do obcowania z dzieckiem. A nagle się okazuje, że mają przed sobą osobę, która co prawda jeszcze nie jest dorosła, ale już nie myśli jak dziecko. No i klops, bo rodzice nie wiedzą, jak sobie z tym radzić. Najgorsze, że często nawet nie zdają sobie sprawy, że oto pod wspólnym dachem pojawił się ktoś nowy.

Jak to?

Nagminna jest sytuacja, że mam w gabinecie rodzinę na terapii i zgodnie ze sztuką opisuję, co widzę. Wiele osób wtedy przeżywa pierwsze zdziwienie, kiedy mówię: widzę dwie dorosłe osoby, które są stroskane o swojego syna, który jest młodym mężczyzną. Bardzo często się zdarza, że są totalnie zaskoczeni. Niedawno to samo przeżyłem ze znajomymi, kiedy powiedziałem: „Ta wasza Zuza już zaczyna pokwitać”, a kolega się obruszył: „No co ty, nie wygłupiaj się, to jeszcze dziecko, ma dopiero 11 lat”. Tylko się uśmiechnąłem.

Czy nastolatek to naprawdę inna osoba?

Może nie inna, ale pewno inaczej postrzegająca świat. Naście lat to moment rozwoju poznawczego. Jak tłumaczę rodzicom na warsztatach, kiedy dziecko było dzieckiem, jego świat był o wiele prostszy. Ale i dla rodziców też. Dziecko nudziło się, to mu się nie podobało, tamto lubiło. Wtedy organizowało mu się zabawę i było po kłopocie. A teraz nastolatek wpada w próżnię. Myśli sobie, że wszystko jest do dupy, nic mu się nie podoba, a potem nagle wpada w zachwyt. Albo cały czas jest przygnębiony i sam nie wie, co się z nim dzieje. My, dorośli, mamy już opracowane własne narzędzia, jak sobie z takimi sytuacjami radzić. Dla dziecka, młodego człowieka, to nowość. Ponadto w fazie pokwitania ruszają oczywiście hormony. I jak wcześniej były dwie opcje: podoba mi się albo nie podoba, to teraz dochodzi trzecia: podnieca mnie. No i do tego dochodzą zmiany fizyczne, tu przytyli, tam mają pryszcze, włosy im rosną. To naprawdę jest dla nich trudny czas. A dodatkowo natrafia on na zmiany u rodziców, przecież zazwyczaj dotyczy to osób po czterdziestce, które przeżywają swoje własne rozterki związane z upływającym czasem.

Czyli jest to szok dla obu stron.

Dla obu stron kompletna nowość. Często spotykam się z sytuacją, że rodzice są przerażeni tym, co się dzieje. A tak naprawdę nie dzieje się nic specjalnego, tylko to, co powinno się dziać. Jeden z ojców mi mówi tak: „Ja się czuję, jakbym stracił dziecko. Jeździliśmy razem na ryby, a kiedy wracałem z roboty, to coś razem robiliśmy. A teraz jak tylko wracam, to syn zamyka się w pokoju”. I pyta mnie: „Co ja źle robię?”. Odpowiedź jest prosta: nie tylko nic złego nie zrobił, ale na tyle dobrze opiekował się synem, że teraz on szuka swojej niezależności. To „byłe dziecko” zaczyna zmieniać swoją perspektywę. I pierwsza rzecz, która się dzieje i która jest szybko zauważana przez rodziców, to że tracą oni autorytet. I to jest dla wielu z nich nie do przejścia.

Co wtedy robią?

Część o to walczy, ale zawsze polegnie. Nawet jak im się uda wywalczyć, przedłużyć trochę swoją władzę, nie będzie to korzystne dla dziecka. Dziecko musi wychodzić z domu, musi zacząć poznawać świat, nabierając własnej, niezależnej od opiekunów optyki. I budować własną tożsamość. Korzysta z zasobów, które już otrzymało od rodziców, ale na tym etapie naprawdę najważniejsi stają się dla niego rówieśnicy. I to bywa bolesne dla matki i ojca. Dlatego zdarza się, że niektórzy rodzice izolują dziecko od kolegów, trzymają w domu. Matka powie zbolałym głosem: „Dobrze, idź, jak chcesz, a ja tu zostanę sama” albo „Jak nie chcesz, to nie jedź do babci, choć wiesz, że jest chora”.

Szantaż emocjonalny?

Tak. Ale trudno im się dziwić. Jeżeli poświęcili swojemu dziecku dobrych 10 lat życia, czasem też udany związek partnerski czy karierę, trudno im się przestawić na inny sposób traktowania syna czy córki. I pogodzić się, że od nich na swój sposób odchodzi.

Wina nie leży tylko po stronie rodziców. Komunikacja z dzieckiem staje się utrudniona, bo ono albo trzaska drzwiami, albo krzyczy. To jak życie na minie, która wciąż grozi wybuchem.

Proszę pamiętać, że to już obowiązek rodziców, żeby sobie z tym poradzić. Nie dziecka. Nie zapominajmy o tym, że my razem z dzieckiem powinniśmy się zmienić. Podam przykład. Mamy dwójkę dzieci, nawet z małą różnicą wieku, np. 9-latka i 12–13-latka. Niby mają nadal podobne zachowania, ale ten dojrzewający zaczyna się zmieniać. Tymczasem w rodzinie pozostają te same zasady. Oboje muszą wracać do domu najpóźniej o godzinie 19, gasić światło o 21. Mają te same obowiązki i przywileje. To coś jest tu nie tak. Rodzina musi się dostosować do nowej sytuacji i zmienić reguły. Ten, który ma 12 lat, powinien mieć dla siebie tę godzinę dłużej. Rodzice powinni mu zacząć pokazywać, że szanują to, że on się zmienia. I że pozwalają mu na autonomię. A prawda jest taka, że rodzicom po prostu też się nie chce zmieniać. Narusza to ich sferę komfortu, jest niewygodne. A przecież już nie będzie tak samo. Jak pytają, jak było w szkole, a jego nastolatek mówi „yyyyhm” i wychodzi z kuchni, powinni się do tego dostosować. Nie męczyć go. Każde dziecko ma swój rytm. Jedno przyjdzie ze szkoły i już w progu krzyczy, że Janek tamo, a Kasia to, opowiada o wszystkim, co się wydarzyło. A inne milczy jak zaklęte. I dopiero w łóżku, kiedy je przykrywamy, zaczyna: „A mamo, wiesz, że dzisiaj w szkole...”, i zaczyna nawijać. Tak samo nastolatek też ma swój rytm, często nowy. I trzeba go na nowo odkryć. Kiedy prowadziliśmy warsztaty, daliśmy rodzicom takie zadanie, żeby dowiedzieć się, jak było w szkole, nie pytając wprost.

Na przykład jak?

Na pewno wiadomo, jak tego nie robić. Nie można nagabywać: „Jak było w szkole?”. Nie wolno zadawać pytań, które pomagają nastolatkowi nic nie odpowiedzieć, bo natychmiast z tej opcji skorzysta. Można po jakimś czasie od jego powrotu do domu zapytać, jak się czuje, co tam u koleżanki, samemu opowiedzieć o swoim dniu i poczekać na reakcję. Ale też wyczuć chwilę, a nie napastować zaraz po przyjściu ze szkoły. I nie obrażać się, jak nie chce rozmawiać.

Gdzie postawić granice, tak żeby dziecko mogło się uniezależnić, ale z drugiej strony nie pozwalać mu za dużo?

To jest na pewno najtrudniejsze. Balansowanie i nadążanie za zmianami nastroju u dziecka może nadwyrężyć cierpliwość. Czasem możemy mu pozwalać trzasnąć drzwiami. Ale jak puszcza strasznie głośno muzykę, a my jesteśmy zmęczeni, to ewidentnie przekracza granice. Nie ma złotego środka, należy zejść z tonu, ale nie można odpuścić. Nie można zgodzić się, żeby non stop trzaskał drzwiami, darł się i pyskował, tylko dlatego, że jest nastolatkiem. Ale znowu tego nie da się – jak z rozmowami o seksie – załatwić w momencie, kiedy ktoś nie robił tego przez 12 lat życia dziecka. Jeżeli całe życie mogło robić to, co chciało, a rodzic nigdy nie odwołał się do ostatecznej instancji, będzie naprawdę trudno.

A co jest ostateczną instancją?

Ostateczną instancją u każdego rodzica powinno być hasło: „Nie, bo ja tak mówię”. I koniec. Jeżeli rodzice tego nie przećwiczyli z 3-latkiem, to będą żniwa zbierać w okresie dorastania. Jeżeli 3-latek chce wyjść z domu w sandałach w zimie, bo taki ma kaprys, a rodzice się uginają i pozwalają mu iść do samochodu w samych skarpetkach, bo nie będą naruszać jego granic, to potem niewiele osiągną. W tej sytuacji, którą opisuję, pojawiło się zapalenie nerek, ale nie to było najgorsze, tylko konsekwencje wychowawcze. Nie ma w tym nic opresyjnego, jeżeli dorośli egzekwują sprawy, o których naprawdę wiedzą lepiej. Choćby to, że nie można chodzić w skarpetkach po śniegu. Jeżeli tego nie wyćwiczyli we wcześniejszych latach, potem już ich zdanie nie będzie się liczyć.

Kłopot polega na tym, że nastolatki nie znają granic. Im się wydaje się, że wszystko można. Nie ma ryzyka. Może jednak trzeba być bardziej restrykcyjnym, by uchronić je przed głupotami.

Nie restrykcyjnym, tylko bardziej stanowczym w przestrzeganiu tych granic, które zostaną ustalone. Jeżeli nie będziemy konsekwentni, to nastolatek będzie je cały czas przesuwać. Rodzice muszą ustalić wersję, której będą się trzymać. Podam przykład: przyjmujemy, że np. w piątki może wracać o 21, a wychodzić może dwa razy w tygodniu. I tego się trzymamy.

Tak to wygląda z perspektywy rodziców. Pan prowadzi warsztaty też z nastolatkami. Na co najbardziej narzekają w kontakcie z rodzicami?

Szczerze? Na to samo od lat. Czują się niezrozumiani. I pod presją, szczególni ci z liceów, narzekają, że matura, że studia. Ale to się nie zmienia od lat. Ostatnio rozmawiałem z młodzieżą o depresji. Oni skarżyli się, że męczy ich presja ze strony szkoły i rodziców. Tymczasem moim zdaniem oni mają mniej wymagań, niż ja miałem te 20 lat temu. Mniej muszą czytać, matura jest prostsza. A pomimo to nadal narzekają. Co tylko świadczy o tym, że to stałe uczucie, które towarzyszy temu okresowi. I nawet powinni tak się czuć. Dzieciak musi coś stworzyć sam, więc nie ma co na siłę udowadniać, że jest zrozumiany.

Wspomniał pan o depresji. Mówi się, że coraz częściej dotyka młodych. Czy takich przypadków jest rzeczywiście więcej?

Chyba tak. Moim zdaniem to efekt tego, że nastolatki mają mało wsparcia rówieśniczego. Kontaktu ludzkiego. To efekt tego, że spotykają się głównie przez internet. Nie mają więc umiejętności społecznych w kontakcie z drugą osobą.

Zwykle tak to się właśnie tłumaczy, ale czy to nie jest mit? Chyba nadal włóczą się razem po lekcjach.

To nie jest mit. Oni naprawdę o wiele rzadziej spędzają czas razem. Więcej „widują” się w internecie. Dla nich jest ważniejsze, że mają tysiąc znajomych na Facebooku niż posiadanie przyjaciółki od serca. Ponadto istnieje spora presja kulturowa, by być fajnym, na topie. A więc wszyscy chcą coś osiągnąć, będąc nikim. I, co gorsze, to się da łatwo zrobić, właśnie dzięki internetowi. A ponieważ celebrycka kultura i presja na to jest tak bardzo rozbuchana, są w stanie zrobić naprawdę wiele, żeby zaistnieć. Publikują filmiki czy zdjęcia, które potem ich kompromitują. Ale oni w danym momencie się nad tym nie zastanawiają, dla nich się liczy liczba lajków czy wejść. Kłopot polega na tym, że my, dorośli, nie umiemy się w tym świecie poruszać. Ale nastolatki też nie potrafią. Pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy tak bardzo popularny był Facebook, mieliśmy konferencję dla nauczycieli. Jedna z nauczycielek, która też była rodzicem, mówiła, że według niej to jest żenujące, że córka się podniecała tym, że jej 300 osób złożyło życzenia. A inni na sali jej wtórowali. Pomyślałem sobie wtedy: wy nie wiecie, gdzie żyjecie. A raczej, w jakim świecie żyją wasze dzieci.

Kiedyś też walczyło się o popularność, ale raczej na własnym podwórku czy w klasie. Teraz cel jest, jak rozumiem, podobny, tylko skala inna.

Kiedyś na taką skalę znani zostawali dorośli, wśród dzieci, nastolatków to był ewenement. Teraz sława jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy mieć dostęp do internetu, kamerkę, cięty język czy też być wulgarnym i już 12-latek może być gwiazdą. I ten status jest dla nich ważny. A niektórym to świetnie wychodzi. Dopiero niedawno odkryłem tego siłę. Brałem udział w jednej kampanii wraz z młodą vlogerką, która ma swój kanał na YouTube. Kiedy kręciliśmy spot, zebrał się przy nas tłum. Najpierw myślałem, że to magia kamery. Ale nic podobnego – ludzie rozpoznawali 18-letnią Olgę, chcieli od niej autografy i chcieli robić sobie z nią zdjęcia. To było porównywalne z tym, jakby w latach 90. na rynku stanął Michael Jackson. Taka jest siła blogowania. A dla młodych ma to przełożenie na pieniądze, to są kontrakty reklamowe, zaproszenia do telewizji, na festiwale, imprezy. Oni naprawdę mogą stać się celebrytą pełną gębą. My takich możliwości nie mieliśmy.

Może to powoduje, że naprawdę mogą czuć się niezrozumiani, bo ich świat jest inny.

Między naszymi światami istnieje przepaść – taka jak przed i po wynalezieniu druku. Dlatego często się zdarza, że rodzice bagatelizują problemy, które pojawiają się na tym tle. Bo tak samo jak szybko można zostać gwiazdą, tak samo szybko i za pomocą tych samych narzędzi można zostać antygwiazdą. Dzieciaki filmują się nawzajem podczas kompromitujących sytuacji. Na przykład jedna dziewczynka poszła na lekcji WF zmienić tampon, a jej koleżanki to nagrały i puściły innym. Wpadła w depresję, była próba samobójcza, pobyt w szpitalu Ale rodzice na początku nie bardzo rozumieli, o co tak naprawdę chodzi.

Bo wiele z tych odczuć jest im obcych. Porażki miłosne, edukacyjne czy towarzyskie każdy przeżył. Hejtu w internecie już nie.

Tymczasem dla tych dzieciaków hejt jest tak samo ważny, jak inne realne wydarzenia. Jak ktoś jest odrzucony przez pół klasy czy całą, zablokowany na Facebooku, to może wpaść w depresję.

Rozumiem, że brakuje reguł, co jest dozwolone, a co nie. Gdyby do takiej osoby w klasie podchodzili po kolei koledzy i każdy mówił, że nie chce jej znać, nie lubi jej, uznano by to za przemoc w czystej formie. Wykasowanie z Facebooka trudno pod to podciągnąć.

Ale bolesne jest tak samo, jak nienawiść klasowa. Jeszcze gorzej, bo dzieje się to na oczach innych znajomych z portalu. Dlatego uważam, że jak 30 osób umawia się, że wyrzuci jedną osobę ze swoich znajomych w tym samym czasie, jest to działanie agresywne i przemocowe. I jak najbardziej otwiera pole do działania pedagoga i wychowawcy. Choć nie ma wątpliwości, że to trudne. Bo te reguły nie są dobrze znane, nie wiadomo, jak traktować kradzież tożsamości, co się zdarza, jeżeli ktoś się pod kogoś podszywa.

Co można wtedy zrobić?

Nie mamy systemowych metod, żeby sobie z tym radzić. To musi być spójne działanie szkoły, rodziców zarówno sprawcy, jak i ofiary. Kłopot jest taki, że zmienia się pozycja nauczyciela. Traci, tak jak dorośli, autorytet. Ale nie tylko z powodu tego, że chodzi o nastolatki. Po prostu nie jest w stanie konkurować z wiedzą dostępną w internecie. Musi odgrywać inną rolę. Opinia publiczna ma tendencję do oskarżania ich, że nauczyciele się nie znają, że sobie nie radzą. Ale to dlatego, że rzeczywiście są bezradni i nie mają skąd czerpać kompetencji. Był przykład szkoły, która zakazała uczniom przytulania się i całowania na terenie placówki. Stało się to powodem do jej wyśmiewania. A powinno obudzić chęć pomocy dyrekcji tej szkoły. Bo to posunięcie pokazuje bezradność, a nie złośliwość danej dyrekcji.

Wspominał pan o rozbudzeniu seksualnym. To jednak było zawsze, hormony zawsze w tym wieku zaczynały buzować. Coś się zmieniło?

Może to banał, ale seks jest naprawdę wszędzie. I nawet nie ma już sensu robić podziału na filmy od 15–16 lat, bo – znowu – mamy internet, YouTube, gdzie tych podziałów nie ma. Kiedyś w celach poznawczych śledziłem różne reality show. W jednym z nich pojawił się dylemat bohaterki, która wahała się, czy ma sprzedać dziewictwo. Oglądając ten odcinek, nie miałem jasności, jaki jest przekaz: czy to fajne, czy też nie? Ale też nie jest tak, że wszyscy gimnazjaliści grają w słynne słoneczko.

Co jest teraz obciachem? Czy to, kiedy dziewczyna sypia z wieloma chłopakami, jest negatywne? Czy seks z nieznajomym rodzi jakieś złe skojarzenia?

To zależy od środowiska i szkoły, do której nastolatek chodzi. Są takie miejsca, gdzie zawsze będzie obciachem takie zachowanie. Są takie, gdzie to będzie normalne. Na pewno w większości szkół największym obciachem jest nadal homoseksualizm. Bo jesteśmy nadal bardzo homofobiczni. Oczywiście mamy wyjątki, ale w typowej polskiej szkole każda odmienność seksualna jest traktowana przemocowo. Począwszy od dzieci, przez nauczycieli, skończywszy na rodzicach. Poza tym wykształcenie seksualne obecnego pokolenia rodziców jest dramatycznie niskie. Powiedziałbym, że gorsze niż ich rodziców. Dzieci niewiele z domu wyniosą.

Czego mogą się dowiedzieć od rodziców?

Te dzieci często technicznie wiedzą więcej o seksie niż ich rodzice. Ale nadal nie wiedzą, czym jest dla nich seks, jaką rolę odgrywa w ich życiu. Czym jest intymność, bezpieczeństwo, czym jest przemoc, gdzie mogą stawiać granice.

Granice intymności bardzo się przesunęły.

To prawda. Szacowanie ryzyka jest bardzo małe – i takie było zawsze. Ale zarazem młodzi otrzymali nowe narzędzia. Dlatego musimy ich uczyć tego, co to jest intymność, i sprawić, by zdali sobie sprawę, co jest dla nich ważne. Muszą się też uczyć bezpieczeństwa. Zatrważające jest dla mnie to, że dziewczyny, które są ofiarami przemocy ze strony swoich chłopaków, nie mają pojęcia, że jest to przemoc. Ale też pojawia się coraz częściej problem męskiej seksualności. Nadal potocznie się uważa, że chłopców nie da się zgwałcić, że nie da się sprawić przykrości w sferze seksualnej, bo seks dla nich to spełnienie marzeń, co jest bzdurą. Zdarza się, że dziewczynki napastują chłopców, oczekują od nich superaktywności seksualnej. A ci potem boją się chodzić do szkoły. Sprzyja temu jeszcze dodatkowo to, że dziewczynki dojrzewają dużo szybciej niż chłopcy, w gimnazjum już są w pełni fizycznie rozwinięte. I mamy chłopców, którzy są wciąż na etapie dziecka.

Mówi pan, że wiele zależy od środowiska, od szkoły. A jaka jest dobra szkoła? Przecież taka, do których chodzą dzieci z dobrych rodzin, też może być siedliskiem rozpusty.

Dlatego nie da się podzielić tego środowiskowo. W zeszłym tygodniu byłem w jednej szkole w Świeciu. Najpierw miałem warsztat o seksualności z młodzieżą, potem z nauczycielami. I ta młodzież była zainteresowana tematem, wielu rzeczy nie wiedziała, nie była wulgarna, część z nich (a było to liceum) nie miała jeszcze kontaktów seksualnych. Mała lokalna szkoła, a zajęcia są prowadzone bardzo dobrze, kiedy wchodzi pani pedagog, dzieci uśmiechają się do niej i nie robią sobie jaj po jej wyjściu. Są też szkoły, gdzie w gabinecie pedagoga jest parawan, tak aby nie było widać, kto tam akurat siedzi. Tam się porusza tematy, które ich interesują. Na tym to polega.

Seks, odrzucenie, depresja to główne problemy. Z czym jeszcze rodzice nastolatków trafiają do terapeuty?

Narkotyki. To jest nadal ogromny problem. Dziś mamy superłatwy dostęp do substancji psychoaktywnych. Młodzi zawsze chcieli próbować, ale teraz jest to o wiele prostsze. W aptekach są leki z pseudoefedryną, które młodzi zapijają napojami energetycznymi kupowanymi w dużych butelkach. Piją je nawet w szkole. Nauczyciel nie wie, jak sobie z tym radzić. Jak ma przed sobą 13-latka, który wypił dwa red bulle i wszedł do klasy, nauczyciel nie ma z nim szans. Nie wiemy też dokładnie, co oni biorą, oni sami tego nie wiedzą. Poza tym palenie trawy nigdy nie miało tak dobrego PR jak teraz. Celebryci, dziennikarze chwalą miękkie narkotyki. Moim zdaniem to jest skandaliczne. Marihuana może poczynić ogromne spustoszenie w życiu tak młodych osób i często bywa wstępem do innych narkotyków.

Uważa się, że jest mniej szkodliwa niż papierosy.

I co z tego? Wiemy, że często prowadzi do bardzo głębokich uzależnień. A wśród nastolatków jest bardziej popularna niż papierosy. Tymczasem może zniszczyć życie. Przecież dzieciaki często nie wiedzą, co palą – co jest nawet od strony czysto zdrowotnej szkodliwe. Ale nawet jeśli to czysta marihuana, wpadają w stany psychotyczne, lękowe, co może prowadzić do prób samobójczych.

Jak temu można zaradzić?

Kiedy dziecko wraca z imprezy, można je od razu przytulić i powąchać. Rodzic powinien kochać, ale i zachować czujność. Jak dzieciak wraca o godz. 2 nad ranem i ma rozszerzone źrenice, następnym razem możemy przygotować test moczu. Trzeba od razu sprawdzić, by nie dodał cytryny albo nie wziął moczu od rodzeństwa, bo tak robią. Jeśli sytuacja się powtarza, dobrze abyśmy skontaktowali się z terapeutą uzależnień.

Brzmi okropnie opresyjnie.

Jeden rodzic, którego dziecko regularnie było na haju, mówił mi: „Ale jak ja to zrobię, to on już w ogóle nie będzie się do mnie odzywał”. A ja na to: „Dobrze, jak umrze, to pani będzie chodziła na ten cmentarz i też się do pani nie odezwie”.

A zaufanie?

Można ufać, ale trzeba pilnować. Nie mówię, że wszystko sprawdzać, czytać e-maile dziecka, ale mieć w sobie tę czujność. I jak się pojawia krytyczny moment, to należy reagować.

Są dzieci, których w ogóle nie dotkną te problemy, o których rozmawiamy?

Może i są. Ale tak naprawdę powinny przejść przez ten okres zawieruchy. Jeżeli dziecko jest zdrowe, rozwija się prawidłowo, to musi mieć adekwatną opiekę, ale i pozwolenie, by budować autonomiczną tożsamość. Wtedy uda się przez to przejść. Oczywiście z rzucaniem kubków, trzaskaniem drzwiami i mówieniem: „Nie chciałem się urodzić, trzeba było zrobić aborcję”. Ale jak przeczekamy, to będzie dobrze.

Michał Pozdał*, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Pracuje z młodymi osobami, które przeżywają różnego rodzaju trudności okresu dorastania, a także z ich rodzinami. Od pięciu lat prowadzi Spotkania Psychologiczne w Strefie Młodzieży SWPS