Przed państwem Yoram Bauman. Pierwszy i jedyny na świecie komik-ekonomista...

Tak jest nawet napisane w internecie na mojej stronie.

Tylko tyle? Myślałem, że wystarczy pana zapowiedzieć, a pan zadba o kolejne gagi. Bo ja umiem robić rozmowy o popycie, deficycie, inwestycjach i oszczędnościach. Czasem wychodzą nawet śmieszne. Ale tak od razu zakładać, że czytelnik pęknie ze śmiechu, to ponad moje siły.

Spróbujmy. Niedawno byłem w podobnej sytuacji. Poleciałem do Kijowa na zaproszenie tamtejszej sieci telefonii komórkowej. Na sali było ze sto osób. Wiadomo, inny kraj, inna kultura i inne doświadczenia. Sądzę, że część nie mówiła nawet dobrze po angielsku. Ale się śmiali.

Łatwo było ich rozśmieszyć?

Łatwo. Opowiedziałem kilka dowcipów o Niemcach. I parę o strefie euro. To zawsze działa.

O, my też mamy w Polsce dużo dowcipów o Niemcach.

Każdy kraj ma dużo dowcipów o Niemcach. Bo Niemcy sami się proszą. Strefa euro zresztą też.

Jakiś dowcip o Niemcach?

Może później.

Czy ekonomia jest śmieszna?

Bardzo. Kolekcjonuję dowcipy z serii „możesz być ekonomistą, jeśli...”. Jest ich kilkadziesiąt. Chce pan?

Pewnie.

No dobra. Możesz być ekonomistą, jeżeli... nie chcesz sprzedać swoich dzieci teraz, bo później mogą być więcej warte.

Dobre!

Jak się podoba, to jedziemy dalej. Możesz być ekonomistą, jeżeli nie wierzysz w darmowy lunch (free lunch – aut.), ale wierzysz w wolny handel (free trade – aut.). Możesz być ekonomistą, jeżeli odpowiadasz „podaż i popyt” na pytanie „skąd się biorą dzieci?”. Możesz być ekonomistą, jeżeli ktoś ci mówi, że ekonomia brzmi dla niego jak obcy język, a ty zaczynasz na to mówić „wooolnieej” i „wyyyraźniiiej”. Albo możesz być ekonomistą, jeżeli jesteś ekspertem od pieniędzy, ale ubierasz się jak powodzianin. Przez ten ostatni żart często wpadam w kłopoty, bo co jakiś czas się okazuje, że opowiadam go w miejscu, które niedawno nawiedziła powódź. Wtedy chichoty są cichsze.

Po polsku to się nazywa suchar. Czyli żart, z którego jakoś nikt nie chce się śmiać. Dla komika to chyba koniec świata?

Bez przesady. Proszę pamiętać, że jestem komikiem-ekonomistą. Czyli komikiem racjonalnym. Takim, który wie, że nikt nie jest doskonały. Nawet komik-ekonomista. Jak się nie śmieją, to opowiadam kolejny dowcip i jakoś leci. W końcu zaczną się śmiać. Przecież po to przyszli.

Pana ulubiony ekonomiczny suchar?

Mam taki żart o tym, jak najłatwiej stracić na wadze.

Oj, faktycznie zanosi się na suchar...

Sam pan o to prosił. No więc najłatwiej stracić na wadze, przechodząc na system metryczny. Wtedy z 300 funtów robi się tylko 150 kilogramów. To żart, który nie zawsze działa. Ale jestem zawodowcem, więc jak się publiczność nie śmieje, to mam parę follow-upów.

Czyli...

Mówię wtedy ludziom, że nic dziwnego, że się nie śmieją. Bo to może oznaczać, że na sali nie ma żadnego naukowca, komika i handlarza narkotykami. Bo to są jedyne w USA profesje, które wiedzą, co to takiego ten system metryczny.

No to się pan wybronił. A inne suchary?

Mam jeden taki żart, w którym kluczową rolę odgrywa quinoa. Wie pan, co to jest?

Wiem. Taka kasza.

O, to mnie pan zaskoczył. Większość Amerykanów nie wie. Nie wie nawet, jak to wymówić. A ja wiem, bo kiedyś pracowałem w takim hipsterskim warzywniaku. Więc opowiadam im, że jedyne miejsce, w którym można opowiadać w USA dowcipy na ten temat, jest hipsterski warzywniak. Bo nie dość, że wszyscy tam wiedzą, co to jest kasza quinoa, to jeszcze każdy zna kogoś o takim imieniu.

No dobra, to już mnie przerasta.

Tak czy inaczej, dziękuję za pytanie o kiepskie żarty. Nieczęsto mogę o nich mówić tak otwarcie.

Wróćmy do ekonomii. Zasłynął pan brawurową przeróbką „Dziesięciu zasad ekonomii” stworzonych przez prof. Grega Mankiwa z Uniwersytetu Harvarda.

Te zasady to świętość. Musi znać je na pamięć każdy ekonomista, który przeszedł przez amerykański system uniwersytecki. Nieważne, czy skończył Harvard, czy Uniwersytet Chicagowski. Na szczęście mam doktorat z ekonomii, więc potrafię je przetłumaczyć na ludzki język. Chce pan?

Poproszę. W końcu to pana popisowy skecz.

No właśnie. Dość łatwy. Potrafię go opowiedzieć w ciągu pięciu minut. Pewnie dlatego, że zasady osiem, dziewięć i dziesięć dotyczą makroekonomii, więc można je przetłumaczyć jako „bla, bla, bla”, „bla, bla, bla” i „bla, bla, bla”. Zresztą, czego się spodziewać po makroekonomistach. W końcu przewidzieli dziewięć z ostatnich pięciu kryzysów finansowych.

Rozumiem, że pan jest mikroekonomistą.

Dokładnie tak. I z tą częścią mikro w zasadach Mankiwa jest trochę większy kłopot. Z naciskiem na trochę. Pierwsze dwie brzmią: „Ludzie zmuszeni są dokonywać wyborów” i „kosztem jest to, z czego muszę zrezygnować, aby osiągnąć swój cel”. Ale ja wolę je tłumaczyć jako: „Ludzie nie lubią wybierać” albo ewentualnie „Ludzie BARDZO nie lubią wybierać”. I ja się im nie dziwię.

Jeśli człowiek ma rozważyć te wszystkie koszty alternatywne, malejące prawo użyteczności krańcowej... No, po prostu wariactwo. Na szczęście ludzie tak nie myślą. Idą do sklepu i wybierają, specjalnie się nad tym nie zastanawiając. Ale stąd już tylko krok do jedynego logicznego wniosku, że ludzie są głupi.


Dlaczego?

Bo nie postępują tak, jak napisał Mankiw w zasadzie numer trzy, która brzmi: „Racjonalni ludzie biorą pod uwagę wartości krańcowe”. Więc skoro nie biorą pod uwagę wartości krańcowych, to jacy są? No jacy? Nieracjonalni. Czyli głupi po prostu! Ale zanim popadniemy w desperację z powodu bezmiaru ludzkiej głupoty, przejdźmy do zasady numer cztery. Może pan odczytać?

„Ludzie reagują na bodźce”.

Bardzo pięknie. A co to jest „bodziec”? Proszę sobie sprawdzić w słowniku synonimów. Przecież to jest „zachęta” albo „motyw”. Czyli prof. Mankiw próbuje nam powiedzieć, że jesteśmy „motywowani przez motywy” albo ewentualnie „zachęcani przez zachęty”! Przecież to oczywiste. Ludzie musieliby być głupi, żeby nie być motywowani przez motywy. Ale chwileczkę, proszę przypomnieć zasadę numer trzy. Tę moją, a nie Mankiwa.

„Ludzie są głupi”.

No to co ten Mankiw nam opowiada? W zasadzie numer trzy twierdzi, że ludzie są głupi, a zaraz dodaje, że ludzie nie są tacy głupi. Przecież to obłęd. Ale dalej jest jeszcze gorzej.

Zasada numer pięć: „Handel może być opłacalny dla wszystkich”.

Tak. A moje tłumaczenie tej zasady brzmi: „Handel może być nieopłacalny dla wszystkich”. Żeby zrozumieć dlaczego, proszę powiedzieć, czy gdyby pan był Mankiwem, to umieściłby pan w swoim podręczniku zdanie „Handel MOŻE być opłacalny dla wszystkich” czy „Handel JEST opłacalny dla wszystkich”?

Yyyy..

No, przecież wiadomo, że to drugie. Bo po co mieszać w głowach biednym studentom pierwszego roku? Więc dlaczego Mankiw napisał w książce, że handel „może być”, a nie „jest” opłacalny dla wszystkich? Odpowiedź jest jedna. Mankiw wie, że handel NIE JEST opłacalny dla wszystkich. A stąd już tylko krok do twierdzenia, że handel może być nieopłacalny dla niektórych. A jak dla niektórych, to przecież równie dobrze dla wszystkich. W końcu nikt z nas nie może mieć pewności, że nie będzie tym niektórym. Na jedno więc wychodzi. Zasady sześć i siedem wynikają bezpośrednio z niej. Jedna głosi, że „rządy są głupie” – i jest dla tych, co akurat dorabiają się na handlu. A druga, że „rządy nie są takie głupie” – ona z kolei podoba się tym, którzy na handlu wyszli źle.

A czy ekonomiści są zabawni? Nie mówię o panu. Ale taki Paul Krugman na przykład...

Krugman jest zabawny. Co roku pomagam w organizowaniu sesji humoru przy okazji zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Raz zaprosiliśmy Krugmana. Przyjechał. Opowiedział nawet dowcip. Turysta spotyka na Piątej Alei w Nowym Jorku słynnego skrzypka Jaschę Haifetza i pyta: „Przepraszam pana, jak mogę się dostać do Carnegie Hall?”. „Trzeba ćwiczyć, dużo ćwiczyć”. Zabawne?

Umiarkowanie.

Też uważam, że mógł się lepiej postarać. Ale podejrzewam, że Krugman jest zajętym człowiekiem. Pisze felietony dla „New York Timesa”, walczy z neoliberałami, jeździ na rowerze, daje wykłady. Na humor nie zawsze starcza czasu.

Ja myślę, że to dlatego, że jest keynesistą. Podażowcy na pewno są zabawniejsi.

Czy ja wiem? Za każdym razem przy okazji tych spotkań jest dosyć wesoło. W tym roku przyjedzie facet, który na co dzień jest doradcą inwestycyjnym, ale w wolnych chwilach udziela się pod scenicznym pseudonimem Merle Hazard.

Chodzi oczywiście o moral hazard (zjawisko z pogranicza ekonomii i psychologii tłumaczone jako pokusa nadużycia, uważane za jedną z głównych przyczyn kryzysu 2008 r. – aut.)?

To też. Ale nie zapominajmy, że jest jeszcze Merle Haggard – dziś już sędziwy gwiazdor muzyki country. Taki prawdziwy kowboj i zawadiaka. Ten doradca inwestycyjny go trochę parodiuje. O czym Haggard – miejmy nadzieję – nie wie, bo jakby wiedział... Tak czy inaczej, Merle Hazard przed kryzysem uprawiał wynaleziony przez siebie gatunek muzyki, który nazwał hedge-fund blues, potem przerzucił się na country. Jego najnowsze hity to „Podwójny mandat”, „Inflacja czy deflacja” albo „Double Dippin” (Double Dip to potoczna nazwa drugiego dna recesji – aut.). Facet jest nieźle szurnięty. Można go sobie posłuchać w internecie, jeśli ktoś nie wierzy.

Sprawdziłem i już wierzę...

Moim zdaniem prawdziwą bombą tegorocznej sesji humoru podczas zjazdu amerykańskich ekonomistów będzie autentyczny tekst naukowy pod tytułem „A Few Goodmen”.

Znowu muszę przerwać i wytłumaczyć czytelnikom grę słów. „A Few Good Men” to film z 1992 r. z Tomem Cruisem, Demi Moore i Jackiem Nicholsonem. Ale u nas znany jako „Ludzie honoru”.

No to kłopot, bo chodzi o ten tytuł. Pełna nazwa tego tekstu naukowego brzmi: „Kilku Goodmanów. O dzieleniu tego samego nazwiska przez współautorów prac ekonomicznych”. Napisali go Allen C. Goodman z Wayne State Univesity, Joshua Goodman z Harvardu, Lucas Goodman z Uniwersytetu Maryland i Sarena Goodman z Fed.

O rany!

Prawda, że dziwaczne. Wyliczyli, że w próbce 9 tys. amerykańskich ekonomistów aż 45 proc. dzieli to samo nazwisko przynajmniej z jednym innym 17 proc. z dwoma innymi, a 10 proc. z inną niż oni sami dziesiątką. Wśród nich czterej Goodmanowie.

Jak się tak nad tym zastanowić, to faktycznie nie jest to takie rzadkie. Milton i Rose Friedmanowie albo Vincent i Elinor Ostromowie..

To łatwizna! Ale na pewno pan nie wie, że istnieją takie teksty, jak Tremblay, Tremblay i Tremblay (2011) o modelu konkurencyjności albo Skarbek, Skarbek, Skarbek i Skarbek (2012). Ten ostatni tekst napisało dwóch braci do spółki ze swoimi żonami. Ale Goodmanowie twierdzą, że ta praca się nie liczy, bo jak zaczynali pracę nad tym tekstem, to obie panie nosiły jeszcze swoje panieńskie nazwiska. I że to oni – Goodmanowie – napisali pierwszy w historii tekst naukowy autorstwa czworga ludzi o tym samym nazwisku.

To szykuje się dobry zjazd.

Mówiłem, że zawsze jest śmiesznie, prawda?! Zawsze powiększa się przy tej okazji moja lista najzabawniejszych tekstów ekonomicznych w historii. Tak przy okazji, to Krugman też na niej jest.

Wiem. W 1978 r. napisał tekst o „Teorii handlu międzygwiezdnego”.

Na poważnie zastanawiał się w nim, jak obliczać odsetki od towarów podróżujących z prędkością światła. Chodzi o potencjalny spór zewnętrznego obserwatora z kimś, kto podróżuje razem z towarem. Bo dla tego pierwszego czas takiej podróży będzie trwał dłużej niż dla tego drugiego. Kilka lat temu jakiś złośliwy były doktorant Krugmana wrzucił ten tekst do sieci. Noblista podszedł do sprawy z humorem. Wygrzebał oryginał z szuflady, złożył do publikacji w renomowanym czasopiśmie – który tekst przyjął, bo przecież Krugmanowi się nie odmawia – i dodał komentarz w rodzaju: „Niech państwo popatrzą, czym się zajmowałem, jak byłem młodym pracownikiem naukowym, wtłoczonym w akademicki kierat zmuszający mnie do publikowania coraz to nowych tekstów”.

Jakieś inne przykłady z tej listy najśmieszniejszych?

Mój ulubiony to tekst „Życie wśród ekonów” napisany przez szwedzkiego ekonomistę Axela Leijonhufvuda jeszcze w latach 70. To jakby pradziadek tego całego ekonomicznego humoru, który uprawiam. Autor opowiada w nim o ekonomistach, jakby poddawał analizie zwyczaje plemienia odkrytego przypadkiem w najmroczniejszych zakamarkach puszczy amazońskiej. Pisze, że w świecie „ekonów” głównym źródłem zdobywania prestiżu jest produkcja „modeli”. Fakt, że ekonom bardzo zależy na statusie, ten status można osiągnąć tylko poprzez budowę modeli, a jednocześnie te modele mają zazwyczaj zerowe praktyczne zastosowanie.

Więc wszystko to świadczy o wielkim zacofaniu tego plemienia. Leijonhufvud zauważył też, że w plemieniu ekonów dominują dwie kasty: mikro i makro. Te kasty w praktyce się nie krzyżują. Jeżeli zapytać mikroekona, dlaczego nie ożeni się z makroekonem, to usłyszymy w odpowiedzi: „bo on robi inne modele” albo „on przecież nie zna naszych modeli”. A na koniec tego tekstu Leijonhufvud dodawał: „Biorąc pod uwagę dziwaczność i wstecznictwo tego plemienia, nawołuje wszystkich zainteresowanych tematem badaczy do pośpiechu. Nie wróżę bowiem ekonom długiego żywota”.

A mnie się podoba ten tekst o krzywej Phillipsa w Japonii.

A, ten też jest dobry! Gregor Smith z kanadyjskiego Queen’s University chciał stworzyć wykres miesięcznych danych dotyczących inflacji płac i bezrobocia, czyli krzywą Phillipsa. Zdumiał się jednak, gdy na ekranie komputera zobaczył krzywą, która łudząco przypomina zarys Japonii. Na wykresie można nawet bez trudu wyróżnić wyspy Honsiu i Hokkaido. Podobnie jak Półwysep Noto-Hanto. Oraz Zatokę Tokijską.

W Polsce typowy żart zaczyna się od „przychodzi baba do lekarza...”, a u was?

Mamy taką frazę: „Kiedy życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę”. To taka ludowa mądrość sławiąca przedsiębiorczość. Ostatnio bawi mnie wstawianie do tego zdania ekonomisty i przerabianie tego powiedzenia na własne potrzeby. Mam wiele wersji. Wersja dla studenta pierwszego roku brzmi: kiedy życie daje ci cytryny, idź do biblioteki przeczytać „The Market for Lemons” noblisty George’a Akerlofa.

Dla historyka ekonomii: kiedy życie daje ci cytryny, użyj teorii innowacji i dyfuzji do wyjaśnienia, dlaczego pomimo eksperymentów Jamesa Linda z lat 40. XVIII w. cytrusowa krzywa dla szkorbutu była odkrywana i zapominana na nowo aż do XX w. A dla specjalisty od ekonomii rozwoju: kiedy życie zsyła ci cytryny, znajdź 50 podobnych wiosek w Kenii i w sposób przypadkowy podziel je na dwie grupy. Jednej oddaj wszystkie cytryny i zaczekaj pół roku. A potem opisz to w „Journal of Development Economics” i zgarnij profesurę na dobrym amerykańskim uniwersytecie. A teraz uwaga, będzie obiecany dowcip o Niemcach.

Nareszcie...

Jeśli życie daje cytryny Europejskiemu Bankowi Centralnemu, to EBC idzie i pyta Niemców, co z tym fantem zrobić.