Zdajemy sobie sprawę z tego, że żyjemy w czasach, kiedy nie wszystko może być opowiedziane liberalnym językiem – mówił prezes mBanku Cezary Stypułkowski, odpowiadając na pytanie, czy bank mający w portfelu 24 mld zł kredytów walutowych nie obawia się idącej w takim kierunku inicjatywy premier.

Zostawmy na boku kwestię, czy język liberalny jest adekwatny do opisu rzeczywistości – gospodarczej i społecznej – wyłaniającej się z pokryzysowego kurzu. Dużo poważniej wygląda inny problem – jakim językiem zostanie on zastąpiony. Czy ten nowy będzie lepiej służył opisowi rzeczywistości i rozwiązywaniu zapętlonych przez kryzys problemów, czy będzie sprowadzał się do prostackiej, populistycznej lub nacjonalistycznej frazeologii, której jedynym celem jest budzenie emocji i demonów. Próbek takiego języka jest wkoło mnóstwo. Pewien polityk mówi, że restrukturyzacja kopalń (przyznajmy – nieudolna i spóźniona) to „podnoszenie ręki na Śląsk”...

Problem kredytobiorców walutowych sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: kto i ile ma za nich zapłacić, jeśli oni sami nie będą w stanie spłacać długu? Na razie płacą, ale z roku na rok coraz gorzej. Zagrożone kredyty mieszkaniowe stanowią zaledwie 3,2 proc. portfeli kredytowych banków, lecz od początku kryzysu ten udział rośnie. W ciągu dziewięciu miesięcy 2014 r. przybyło ich 600 mln zł. To niemal połowa wzrostu wartości wszystkich kredytów zagrożonych w tym okresie. Co więcej, zadłużeni we frankach, którzy zaciągali kredyty w latach 2006–2008, pomimo spłat mają nadal większe zobowiązania niż w chwili, gdy kredyt brali. Powodem jest wzrost kursu szwajcarskiej waluty. Banki powinny od nich żądać zwiększenia zabezpieczeń. A kredytobiorcy na ogół zabezpieczeń nie mają.

Banki argumentują, że ostrzegały przed ryzykiem kursowym zaciągających kredyty, gdy jeszcze złoty do franka był bardzo silny. Kredytobiorcy byli więc świadomi tego, co może ich spotkać. Wzięli kredyt – mają spłacić. To argument bardzo słuszny, gdyby nie pamięć, jak banki wówczas kredyty „sprzedawały”. Przychodził klient do bankowego doradcy i chciał kredyt na 100 tys. zł, by kupić mieszkanie za 400 tys. – Dlaczego ma takie małe aspiracje? – pytał doradca. I proponował kredyt we frankach, gdyż raty będą niższe, a równocześnie zdolność kredytowa większa. A to pozwoli zwiększyć pożyczaną kwotę. – Przy pana zarobkach może pan wziąć kredyt na 300 tys. zł, kupić o połowę większe mieszkanie, które za kilka lat będzie warte dwa razy tyle, albo kupić takie, jak pan chce, a resztę zainwestować w fundusze – dodawał. Ilu klientów oparło się takiej wizji profesjonalnych doradców? Co było dalej – wszyscy wiemy.

Po drugie, skoro banki twierdzą, że ostrzegały przed ryzykiem kursowym, to czy same brały je pod uwagę? Jak wyglądały umowy o pożyczkach – ogromnych pieniędzy – między polskimi a zagranicznymi instytucjami? Czy zaciągając je od swych spółek matek bądź na rynku hurtowym, zabezpieczały ryzyko kursowe? A jeśli nie – to dlaczego? Pewnie dlatego, że zabezpieczony przed ryzykiem kredyt byłby droższy o kilkadziesiąt punktów bazowych. A cele sprzedażowe były ważniejsze niż ryzyko. Tańsze było więc przeniesienie go w całości na kredytobiorcę.

Ponieważ kredyty frankowe psują się powoli, banki ten fakt ignorują. Zagrożenie narasta jednak każdego dnia. 600 mln zł złych kredytów w ciągu trzech kwartałów oznacza, że codziennie przybywa ponad 2 mln zł niespłacanych w terminie. Banki muszą tworzyć odpisy. Marże na kredytach mieszkaniowych z lat 2006–2012 były bardzo niskie i nie przekraczały w wielu przypadkach nawet punktu procentowego. Jeśli tak dalej pójdzie, banki zaczną notować straty na całych portfelach.

Na razie słyszy się tam jednak, że „próba restrukturyzacji kredytów we frankach to podnoszenie ręki na banki”. Skąd taki język znamy?

Restrukturyzacja kredytów we frankach wcześniej czy później będzie konieczna. Lepiej, żeby państwo stworzyło dla niej rozwiązania prawne, a być może przejęło także część ryzyka. Najgorszym okresem, żeby ją proponować, jest czas kampanii wyborczej. Bo operacji tej trzeba dokonać lancetem, a nie pałką i siekierą. Żeby nie spowodować fatalnych skutków społecznych, takich jak eksmisje rodzin z niespłaconych mieszkań, ale też nie zagrozić stabilności banków.