W 1999 r. Tony Blair, obok Billa Clintona i Javiera Solany, był uważany za jedną z najbardziej znienawidzonych osób w Serbii. To oni, zwłaszcza dwaj pierwsi politycy, byli najgorętszymi zwolennikami nalotów NATO na Jugosławię. Naloty zniszczyły serbską infrastrukturę i spowodowały tysiące ofiar wśród ludności cywilnej. 

Teraz premier Serbii, Aleksandar Vucić zapowiedział rozpoczęcie współpracy z Tonym Blairem. Smaczku informacji dodaje fakt, że w czasie ataków NATO Vucić był bliskim współpracownikiem Slobodana Miloszevicia (działał też w populistycznej partii Vojislava Szeszelja, Serbskiej Partii Radykalnej). Blairowi poświęcił książeczkę w formie pamfletu.

Po latach zmienił polityczny front, ogłaszając się liberałem i zwolennikiem integracji europejskiej Serbii.

Blair ma doradzać serbskiemu rządowi w kwestiach wizerunkowych. To nie jest pierwsze tego typu zlecenie dla byłego brytyjskiego premiera, podobnej aktywności podjął się w Azerbejdżanie i Kazachstanie. W tym ostatnim przypadku współpraca z Nursułtanem Nazarbajewem spowodowała krytykę Blaira ze strony obrońców praw człowieka, oskarżających go o to, że „ma krew na rękach”. W ostatnich latach eks premier działał także jako specjalny wysłannik na Bliski Wschód tzw. kwartetu madryckiego (ONZ, UE, Rosja i USA). 

W przypadku pracy na rzecz rządu serbskiego Blair, a konkretnie jego firma konsultingowa, miałby być opłacany przez Emiraty Arabskie… Tak przynajmniej deklarują źródła bliskie rządowym, które jednocześnie nieco wcześniej uznały, że „Blair jest dla nich zbyt drogi”.

Ta decyzja jest zaskakująca z wielu względów. Poza wyżej wymienionymi, także wygląda to ciekawie w kontekście relacji serbsko-rosyjskich. Serbia próbuje iść drogą Jugosławii, która starała się zachować status kraju tak zwanego niezaangażowanego, pomiędzy blokiem komunistycznym a kapitalistycznym. Dzisiejsza Serbia z jednej strony powtarza, iż członkostwo w Unii Europejskiej jest jednym z jej priorytetów i rzeczywiście wykonuje oczekiwane przez Brukselę reformy (a wcześniej wydała do Hagi wszystkich najważniejszych poszukiwanych za zbrodnie wojenne, co warto podkreślić).

Z drugiej jednak strony nie przyłącza się do sankcji na Rosję, a prezydent Putin był kilka miesięcy temu dosyć przyjaźnie witany w Belgradzie. Zatem Serbia próbuje, podobnie do rządu Viktora Orbana, stać pomiędzy Rosją a Unią. Choć oczywiście w odróżnieniu od Węgier, nie jest jeszcze członkiem Unii. Jakby tego było mało, to media rozpisują się o serbskich ochotnikach, walczących po stronie separatystów na Ukrainie.

I tu być może jest odpowiedź na zagadkę nominacji Blaira. Rząd Vucicia doskonale zdaje sobie sprawę, że informacje o serbskich ochotnikach (nawet jeśli są to marginalne, pojedyncze przypadki) psują reputację Serbii w stolicach europejskich. Blair ma pomóc w kształtowaniu dobrego wizerunku kraju. Można się domyśleć, że głównie w kontekście wątków rosyjskich.

A jest co naprawiać. Przez całe lata antyserbska propaganda w Europie i Ameryce umacniała obraz Serbii jako jedynego agresora i winnego w wojnach w byłej Jugosławii. To Serbowie byli obarczani całą odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne i przedstawiani jako główne zagrożenie dla pokoju na Bałkanach. Zabawne, że kłam tej tezie ma teraz zadawać człowiek, którego decyzje wyrządziły Serbii wiele zła. A naloty w 1999 r. poprzedziły miesiące wzmożonej antyserbskiej propagandy, także sterowanej w Londynu. Ale zarówno Blair, jak i Vucić są typowymi politykami, czyli cynikami i znaleźli w nowej konfiguracji obopólne korzyści.