Hołownia zastanawia się, co siedzi w głowie redaktora naczelnego "Wprost": Czy Sylwek (Sylwester Latkowski – przypis red.) myśli o sobie, że ktoś go zrobił spowiednikiem narodu? Aniołem zemsty? Polską mutacją irańskiej czy saudyjskiej obyczajowej policji?

Ocenia przy tym, że "z warsztatowego punktu widzenia tekst o Durczoku, to nieogarniona bieda z nędzą", która nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem śledczym. Wskazuje m.in. na brak powołania się na źródła czy podania nazwisk.

- Nie ma nic, poza próbą dowiedzenia, że kolega Durczok w życiu jest babiarzem i perwersem - podkreśla. 

"Wprost" nie pokazał wszak póki co przestępstwa, pokazał czyjeś moralne ekstrementy. Zrobił to, co wszystkie szmatławce: zanurkował komuś w szambie, a relację z tej wyprawy przedstawił jako tekst z „National Geographic“. Sądzę, że zrobił to z premedytacją. Moja teza: redakcja dobrze wiedziała, że na razie nic „twardego“ na Durczoka nie ma, ale wypuściła tę okładkę, by go osłabić, i by ktoś kto rzeczywiście może na niego coś mieć, nie bał się już konsekwencji i kopnął leżącego. A jeśli nikt taki do chwili zamknięcia numeru się nie znajdzie? No worries. Nakład się sprzedał. A redakcja i tak zrobi z siebie lidera walki z maskującym molestowanie ciemnogrodem - pisze także. 

Hołownia przyznaje też,  że nie ma powodów, by lubić Durczoka. Ale - jak przekonuje - za przestępcę uzna go, kiedy zobaczy dowody, a głos w tej sprawie zabierze także sąd. 

CZYTAJ TEŻ: Nadmuchana afera z Durczokiem? Wszystkie słabe punkty śledztwa "Wprost" >>>