Henry Kissinger zachwyca się tym, jak wprowadził ją do polityki kardynał Richelieu. Potem potwierdził na wiele stuleci pokój westfalski (1648). Richelieu – upraszczając ogromnie – wprowadził w życie ideę racji stanu, czyli lojalności wobec podstawowych zasad państwowej polityki zagranicznej. Tolerował protestantów, dopóki nie szukali poparcia w Anglii, tolerował fanaberie wielkich panów, dopóki nie szukali poparcia w Hiszpanii. Takie zachowanie uważał za zdradę państwa. I dopiero wtedy, czyli od momentu realizacji racji stanu, możemy sensownie mówić o zdradzie instytucji państwa, a nie tylko o zdradzie króla czy jego rodziny.

Idea racji stanu przetrwała w stanie niemal niezmienionym do naszych czasów. Wprawdzie niektórzy specjaliści mówią o czasach postwestfalskich, ale to tylko rozgrywki słowne. W Polsce długo był z nią kłopot, gdyż Polska nie uczestniczyła w traktacie westfalskim i nie stworzyła nowoczesnego państwa po 1791 r. Z tego powodu nawet sprawa Targowicy nie była odbierana jednoznacznie przez polską szlachecką opinię publiczną.

Po 1989 r. sprawy stanęły jasno. Podstawowe polskie interesy w polityce zagranicznej były wyjątkowo klarowne. Jeżeli się spierano, to o kształt naszej obecności w NATO i w Unii Europejskiej, a tylko nieliczni i nieważni w ogóle kwestionowali tę obecność. Podobnie jest ze sprawą Ukrainy. Można mieć różne zdania, jak pomagać Ukrainie i jak roztropnie nie drażnić nadmiernie Rosji, która przecież pozostanie naszym sąsiadem, jednak w kategoriach racji stanu wsparcie udzielane Ukrainie przez Polskę jest poza dyskusją. I to nie tylko z racji humanitarnych i przyjacielskich, ale z zimnych racji wynikających z politycznej kalkulacji. Niepodległa i silna Ukraina jest dla Polski ze wszelkich racji korzystna.

Na tym tle zdumiewają nieroztropność wicepremiera Piechocińskiego (może tylko jednorazowa) oraz zaskakujące wypowiedzi kandydata na prezydenta pana Jarubasa. Podważanie racji i sensu polskiej polityki wschodniej narusza obecnie polską rację stanu. Nie czyni tego największa partia opozycyjna, czynią tylko szaleńcy w gatunku Korwin-Mikkego. Z jakiego powodu PSL czy tylko jego ważni przedstawiciele dołączają się do głosów niezgodnych z polską racją stanu?

Otóż PSL zawsze przed kolejnymi wyborami starało się dystansować od partii, z którą był w koalicji rządowej. Z pewną niechęcią cwaniactwo takie można tolerować. PSL zdawało się mówić – co złego, to nie my, i spokojnie czekało. Po zwycięstwie partii głównej (obojętnie, czy to był SLD, czy PO) PSL się przyłączało. Ostatnio jeszcze dostał nieco zawrotu głowy na skutek dobrego wyniku w wyborach samorządowych i w rezultacie wystawił swojego kandydata na prezydenta, co zresztą może się skończyć kompromitacją, jeżeli uzyska on 3–4 proc.

Co innego jednak drobne gry i zabawy koalicyjne, a co innego racja stanu. Sądzę, że wyrazem wyjątkowego braku rozsądku było wciągnięcie sprawy Ukrainy w wyścig o prezydenturę. A już miałem wrażenie, że PSL wreszcie przestało kombinować i ma jasne stanowiska w sprawach podstawowych. Okazuje się, że nie całkiem.

Oczywiście nie należy nadawać tym zachowaniom przesadnego znaczenia. Jednak jeżeli chcemy rozumować w kategoriach racji stanu, to trzeba równocześnie mówić bardzo jasno, kto i kiedy odstępuje od polskiej racji stanu. Trudno w naszych czasach o tak dobry przykład, jak nieprzemyślane tylko i nie całkiem świadome – mam nadzieję – wypowiedzi przywódców PSL.