Podczas aneksji Krymu Nocne Wilki patrolowały drogi na półwyspie, wspierając operacje prowadzone przez rosyjskie „zielone ludziki”. Dziś aktywiści Aleksandra Załdostanowa, bardziej znanego pod pseudonimem Chirurg, stanowią trzon organizacji Antymajdan, która ma pilnować systemu Władimira Putina przed antykremlowskimi rewolucjami typu ukraińskiego. W krajach bałtyckich specyficzne odpowiedniki zachodnich organizacji pozarządowych wspierają walkę o prawa rosyjskojęzycznej mniejszości. W Mołdawii popierają promoskiewskie aspiracje Gagauzów, cieszącego się autonomią narodu mówiącego językiem podobnym do tureckiego. W Polsce będą walczyć o szacunek dla pomników czerwonoarmistów i o uczczenie ofiar rzezi wołyńskiej.

Kreml odrobił bolesne lekcje kolorowych rewolucji. Zrozumiał, że aby być skutecznym, należy jak najszerzej odwoływać się do praw mniejszości i woli ludu. Stawiać na pokojowe manifestacje. Bo w walce o interesy narodowe równie skuteczne jak pociski typu iskandier mogą być sympatyzujące z rosyjskimi władzami organizacje pozarządowe. Ukraiński Automajdan organizował przejazdy kolumn samochodów pod rezydencję Wiktora Janukowycza. Dlaczego Motoantymajdan nie może urządzić sobie rajdu przez Polskę do Niemiec? W tym wariancie nawet jeśli wiemy o związkach Nocnych Wilków z Kremlem, oskarżanie ich o chodzenie na pasku Putina ma mniej więcej taką samą skuteczność, jak wieloletnie przekonywanie przez rosyjskie media, że ukraińskie NGOs biorą pieniądze od CIA.

W obu wariantach tacy aktywiści mogą być skutecznym narzędziem uprawiania realnej polityki. Każdy atak jest skazany na niepowodzenie. Janukowycz uderzył w liderów Automajdanu, co zaowocowało zaostrzeniem protestów. Gdyby w Polsce zaatakowano rosyjskich harleyowców, kremlowskiej propagandzie udałoby się uwiarygodnić tezę o polskich faszystach rusofobach. Pokazać Rosjanom i Europie, że polska wiara w pluralizm poglądów kończy się tam, gdzie są one wyrażane w języku rosyjskim. Piszemy o tym technicznie, bo Nocne Wilki to w rzeczy samej technologia polityczna. Mamy do czynienia z zugzwangiem, czyli taką sytuacją na szachownicy, w której każdy ruch przeciwnika wiąże się z kosztem.

Jeśli motocykliści dostaną po drodze do Berlina lanie – dajmy na to od środowisk kibicowskich – cel zostanie osiągnięty (Polak to chuligan, faszysta i rusofob). Jeśli przejadą bez zaczepek, podobnie: awangarda putinizmu pokaże środkowy palec mieszkańcom kilku państw UE. Z kolei jeśli nie zostaną do nas wpuszczeni, zyskają argument w swojej krytyce Europy, która dużo mówi o różnorodności i tolerancji, ale gdy przyjdzie co do czego, zna ją tylko z podręczników do wiedzy o społeczeństwie. Równie trudno podważyć argumenty Załdostanowa, że motocykliści chcą jedynie uczcić pamięć ofiar Katynia i Wołynia oraz poległych w Polsce żołnierzy armii sowieckiej.

Na tym polega ewolucja rosyjskiego stylu polityki. Nie jest to jedynie prostackie pohukiwanie i straszenie sąsiadów atomem. To raczej próba zawalczenia o swoje interesy za pomocą czegoś na wzór kolorowej rewolucji. Mechanika takiego protestu nie ma racji bytu w Rosji (chyba że jest prokremlowska), ale jak najbardziej może być wykorzystana na zewnątrz. Moskwa nie od dziś docenia zalety demokracji poza swoimi granicami. Wcześniej próbowała wykorzystywać jej reguły do budowania korzystnych dla siebie układów parlamentarnych, np. w Mołdawii grając mniejszościami.

W ostatnich wyborach baszkana, czyli przywódcy autonomicznej Gagauzji, Kreml dokonał liberalnego majstersztyku – sprzyjającym Moskwie kandydatem była kobieta. Irina Vlah nie dość, że reprezentuje interesy mniejszości narodowej, to jeszcze wpisuje się w ogólnoeuropejski trend emancypacji kobiet w polityce. Obejmując urząd w ubiegłą środę, stała się narzędziem w walce o respektowanie interesów Rosji w Mołdawii, związanej z Unią Europejską umową stowarzyszeniową.

Wcześniej jako deputowana porzuciła prorosyjską Partię Komunistyczną Republiki Mołdawii, uznając, że jest ona zbyt słabo zorientowana na Moskwę. Jeśli Kiszyniów będzie próbował odpływać na Zachód, stolica Gagauzji Komrat, ma potencjał, by stać się w tym procesie kotwicą. Vlah została baszkanem w demokratycznych wyborach. Kto podważy jej prawo do walki o interesy Gagauzów? Więcej, o prawo Gagauzów do prorosyjskości będzie można walczyć za pomocą unijnej infrastruktury prawnej, która została zaprojektowana z myślą o obronie interesów mniejszości. Tak jak o te same prawa walczą rosyjskojęzyczni mieszkańcy państw bałtyckich.

Na Łotwie najbardziej prokremlowską (a zarazem radykalnie antyzachodnią) retoryką posługuje się partia o charakterystycznej nazwie Za Język Ojczysty! (ZaRJa) pod wodzą Vladimirsa Lindermansa. Nazwa sugeruje, że jedynym zainteresowaniem partii jest walka z dyskryminacją na tle etnicznym i językowym (choćby z przepisem przewidującym, że do objęcia stanowiska państwowego na Łotwie trzeba znać urzędowy język łotewski). Ale w kilkuzdaniowej sekcji „O nas” na stronie ZaRJa o języku nie ma ani słowa. „Rosyjskość zdaniem ZaRJa to pojęcie cywilizacyjne: to »russkij mir« w całej swojej różnorodności, którego jedną z głównych świętości jest Zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, symbol naszej siły woli w walce ze złem” – czytamy.

W ten sposób ideologia „russkiego miru”, sprowadzająca się do walki o zjednoczenie pod berłem dwugłowego orła wszystkich ziem zamieszkanych przez narody rosyjskojęzyczne, jest utożsamiona z manichejską wojną dobra ze złem. A jeśli przedstawić ją Zachodowi jako walkę o słuszne prawa do rozmawiania w ojczystym języku, ten nie bardzo będzie się potrafił przed nią obronić. W końcu to w Europie powstały liczne dokumenty chroniące mniejszości, z Konwencją ramową Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych na czele.

„Nasz nocny świat, jak chwila zemsty, niechaj więc zetrze słabych w proch. Niesiemy wam koniec, zamianę, ojczyznyśmy szalony nów” – śpiewał w 2000 r. rosyjski heavymetalowy zespół Legion, lubiany w środowiskach tamtejszych motocyklistów. Utwór nosił tytuł „Nocne wilki”.