Nie znaczy to, że zmądrzałem tak bardzo, że całkowicie odstawiłem kieliszki, butelki, szklanki i moją piersiówkę. Przeciwnie. Nadal piję. I nadal świetnie bawię się w towarzystwie ludzi, którzy też lubią sobie chlapnąć. Tym, którzy w ogóle nie piją, po prostu nie ufam. Zabierzcie na suto zakrapianą imprezę kumpla, który nie dotyka niczego, co ma procenty, a już następnego dnia opowie waszej żonie o tym, kogo i za co łapaliście w klubie, a w internecie zamieści zdjęcie, na którym w stanie błogiego upojenia próbujecie się pohuśtać na wiszącym u sufitu wiatraku. Oczywiście ta wredność abstynentów wynika z ich zazdrości o to, że my – nieżałujący sobie – potrafimy się świetnie bawić.

Bardziej niż niepijącym nie ufam tylko tym, którzy z ręką na sercu mówią, że absolutnie nigdy nie wsiedli na kacu za kierownicę. Zrobili to, nawet jeżeli nie byli tego świadomi. Nieważne, czy było to wczoraj, czy dziesięć lat temu. Przynajmniej raz w życiu prowadziliście, będąc w stanie Jacka Danielsa Olbrychskiego. Odwoziliście dzieci do przedszkola, jechaliście do kościoła, do pracy, stajni albo pracy w stajni. Na kacu.

Nie chcę, broń Boże, wybielać w tym miejscu Kmicica (bo jak wiadomo, rudego żadna farba dobrze nie kryje), ale kac to zupełnie co innego niż stan pijacki. Czy słyszeliście, aby ktoś „dzień po” jeździł po chodnikach i taranował wszystko, co stanęło mu na drodze? Oczywiście, że nie. Bo w przeciwieństwie do stanu, w którym nie wie się, co jest podłogą, a co sufitem, a pedał gazu myli się z włącznikiem tylnej wycieraczki, na kacu jesteście bardzo ostrożni i zachowawczy. Po pijaku i na trzeźwo wydaje się wam, że jesteście Hołowczycem albo innym Kubicą. Zaś podczas kaca dociera do was, że to niemożliwe. Jedziecie więc zgodnie z przepisami. Myślicie o swoich dzieciach i w pobliżu szkół zwalniacie do 15 km/h. Pamiętacie o żonie, więc to samo robicie w pobliżu Zary i fryzjera. Trzymacie kierownicę obiema rękami, oczy macie szeroko otwarte, a trzy puszki red bulla wymieszane z litrem kawy, które aktualnie wypełniają cały wasz krwiobieg, powodują, że jesteście skupieni jak Ryszard Kalisz przy obiedzie. W myślach na przemian powtarzacie sobie słowa „policja” i „zdrowaś Maryjo”. A to wszystko sprawia, że prowadzicie auto tak bezpiecznie, że pierwszy napotkany funkcjonariusz powinien przypiąć wam order superkierowcy, wyzerować wasze konto punktów karnych i w imieniu rządu wręczyć talon na hot doga z Orlenu.

Reasumując, 0,5 promila bezpośrednio po wypiciu paru danielków, a 0,5 następnego dnia to dwie różne rzeczy. Kmicic, który wieczorem pod rękę z finlandią przeprowadzał szarżę na szwedzki stół, miał jeszcze więcej, a mimo to jechał – jak twierdzą policjanci – prosto i spokojnie. I nawet zatrzymał się do kontroli. Jestem pewien, że gdyby napruł się dopiero co, to następnego dnia, zamiast brylować w śniadaniówkach, byłby po raz drugi w swoim życiu nadziewany na pal. Tym razem przez współtowarzyszy z więziennej celi.

Oczywiście nie chcę w tym miejscu usprawiedliwiać picia i jeżdżenia, niemniej w alkomatach przydałaby się funkcja rozpoznawania, czy alkoholowy oddech jest jeszcze dzisiejszy, czy może już wczorajszy. Wymiar kary powinien też zależeć od tego, jakim autem jedzie kierowca. Na przykład w odświeżonym niedawno przez Volkswagena modelu Touareg to, czy jesteście na kacu, nie ma najmniejszego znaczenia. Bo touareg sam hamuje w sytuacji zagrożenia, utrzymuje się między liniami na drodze, przyspiesza, kiedy może, i rozpoznaje znaki drogowe. Trzeba tylko kogoś trzeźwego, żeby to wszystko włączyć. W korku wystarczy włączyć aktywny tempomat i można się zdrzemnąć. A na parkingu pod stadniną wciśnięcie jednego małego przycisku sprawi, że ten duży SUV znajdzie wolne miejsce i w nim zaparkuje. Sam! Wy jesteście tu potrzebni tylko do tego, żeby... W zasadzie to nie wiem do czego.

Lubię to auto dlatego, że mimo pokaźnych rozmiarów i masy (saute waży 2100 kg) jest bardzo przyjemne w prowadzeniu. Przewidywalne jak smak kajzerki z Biedronki i komfortowe niczym ciepła kąpiel w wannie. W czasach gdy BMW czy Mercedes wykonują zawieszenia swoich SUV-ów z granitu tylko po to, aby „sportowo się prowadziły”, Volkswagen pojechał drogą miękkości i sprężystości. To doskonale się sprawdza w długich podróżach. I nie oznacza, że przy pierwszej próbie przekroczenia na autostradzie 160 km/h koła zaczną żyć swoim własnym życiem, a na pierwszym zakręcie odlecicie w siną dal. Nawet w okolicach 200 km/h touareg pozostaje stabilny i całkowicie bezpieczny w prowadzeniu. Do tego jest bardzo cichy, a jego trzylitrowy diesel w 262-konnym wydaniu, sprzężony z ośmiobiegowym automatem pasuje tu równie dobrze, co kiszony do pięćdziesiątki. Efekt: to auto w dziwny, nie do końca zrozumiały dla mnie sposób koi nerwy i uspokaja. Miałem wrażenie, że za jego kierownicą mogę wszystko, ale z drugiej strony wcale nie miałem ochoty tego okazywać. A przynajmniej nie bez wyraźnego powodu.

I tu dochodzimy do absolutnie największej zalety tourega – gdy go kupicie, nikt nie weźmie was za dupka, jak w przypadku bmw X5, za denata, jak w mercedesie ML, za wenerologa (lexus RX) ani za człowieka ze złotą laską wsadzoną w tyłek (range rover). Będziecie po prostu właścicielem volkswagena. Czyli nikim. Nikt nie zwróci na was uwagi. Będziecie mogli jeździć na kacu i bez prawa jazdy. Nawet jeżeli nazywacie się Olbrychski.

PS Pisałem to wszystko wieczorem po dwóch danielkach wina, więc możliwe, że dzisiaj – o ile wytrzeźwiałem – mam już na ten temat zupełnie inne zdanie.