Polski rynek pracy był jak postaw sukna, za które ciągnęły potężne związki zawodowe niektórych branż, korporacje lekarzy czy prawników, organizacje przedsiębiorców i wielcy inwestorzy. Ten postaw sukna już dawno został porwany i nieliczni uszyli sobie z niego bardzo wygodne płaszcze. Pracownicy państwowych gigantów, szczęśliwcy, którzy dostali etat, zwolnieni z opłat inwestorzy. Nielicznym jest ciepło i wygodnie. Problem polega na tym, że dla większości tego sukna zabrakło.

Zamiast mieć jeden wspólny rynek pracy, mamy mnóstwo małych rynków i ryneczków pracy. Kelner w restauracji żyje w zupełnie innym świecie niż etatowiec z państwowej spółki, który zajrzał do niego na obiad. Gdyby różnica w ich sytuacji była związana z umiejętnościami i efektywnością, wtedy moglibyśmy mówić o rynku. Ale tak nie jest. Jeżeli naprawdę chcemy pomóc osobom na śmieciówkach, to ci, którzy teraz mają etaty i przywileje, muszą z części z nich zrezygnować. Z części elastyczności i niskich kosztów muszą też zrezygnować przedsiębiorcy. I jedni, i drudzy mogą dzięki temu uzyskać sprawny i efektywny rynek pracy oraz społeczną stabilizację.