Państwo prowadzi zakrojoną na szeroką skalę akcję pt. „likwidujemy dopalacze”. Ta nierówna walka trwa już kilka lat, a jedynym jej efektem jest to, że świństwo jest zastępowane jeszcze większym świństwem. W efekcie obecnie Mefedron ma podobny skład co Domestos, a zażycie Tajfuna przynosi dokładnie takie same skutki co wypicie podpałki do grilla. Innymi słowy, to co teraz się dzieje na szpitalnych oddziałach detoksykacyjnych w całym kraju, nie jest winą handlarzy czy żądnych wrażeń nastolatków, tylko władzy, która zapomniała, jakie były skutki amerykańskiej prohibicji w latach 20. ubiegłego wieku. Nie twierdzę broń Boże, że dopalacze należy zalegalizować. Ale uważam, że związany z nimi problem nigdy by nie powstał, gdyby – zamiast tworzyć kolejne listy zabronionych substancji nieaktualne już w momencie ich opublikowania – zalegalizowano tylko jedną: marihuanę. I kontrolowano jej sprzedaż. Oraz produkcję.

Czy słyszeliście kiedykolwiek, aby ktoś zmarł z przedawkowania maryśki? Czy znany jest wam choć jeden przypadek, w którym po trzykrotnym zaciągnięciu się skrętem gość skoczył z mostu albo przynajmniej kogoś z niego zrzucił? Oczywiście, że nie. Bo jedynym skutkiem ubocznym kilku machów jest doskonały humor i jeszcze większy apetyt. Wiem to, ponieważ byłem: a) studentem; b) kilka razy w Amsterdamie. W tym miejscu wielu z was będzie argumentowało, że to prosta droga do uzależnienia od poważniejszych narkotyków. Owszem. Dokładnie tak samo jak piwo to prosta droga do uzależnienia się od spirytusu. Nie mierzmy wszystkich miarą tych, których widzimy w telewizji, jak wciągają nosem biały proszek i opowiadają, że „wszystko zaczęło się od marihuany”. A od czego miało się zacząć? Od cukru pudru? Uzależnić można się od wszystkiego. Na przykład mój dwuletni syn jest uzależniony od bułek. I do tego stopnia, że gdy wchodzę z nim do sklepu i wkładam do koszyka pięć kajzerek, to przy kasie mam już tylko trzy. Bo dwie młody zjada gdzieś między regałem z korniszonami a stoiskiem z serami.

Niektórzy argumentują, że nie poradziliśmy sobie z plagą pijanych kierowców, a zaraz będziemy mieli plagę ujaranych. Serio? Jedyna droga, w jaką mnie osobiście chciało się udawać po skosztowaniu plonów zebranych przez mojego kolegę ze studiów, wiodła do lodówki i z powrotem na kanapę. No dobra, raz dotarłem do garażu, ale przegonił mnie stamtąd niebieski jednorożec.

Wiem, że po tych wszystkich słowach oberwę od wielu z Was po uszach. Hejt w komentarzach nie będzie miał końca. Ale sami musicie przyznać – walka z dopalaczami i podziemiem narkotykowym jest skazana na porażkę. Chyba że w zamian damy ludziom coś legalnego, co będziemy w stanie kontrolować. Lepsze od marihuany może być tylko jedno. I nie jest to amfetamina. Myślę o BMW M4. Albo 640i cabrio. Oba uzależniają. Ale na dwa zupełnie różne sposoby.

M4 to odpowiednik środka pobudzającego, którego zażycie podnosi ciśnienie, przyspiesza bicie serca, a w skrajnych sytuacjach rozluźnia zwieracze. Całkiem serio uważam, że na liście jego wyposażenia powinien znajdować się komplet majtek na zmianę w różnych rozmiarach – i dla kierowcy, i pasażerów. Miałem okazję jeździć egzemplarzem z opcjonalnym tytanowym wydechem za dodatkowe 4 tys. euro i za pierwszym razem zmoczyłem się już przy odpalaniu silnika. A dalej było tylko gorzej – każde wciśnięcie gazu do oporu w tym samochodzie powoduje, że lampka kontroli trakcji mruga jak oszalała, nawet gdy automat przeskakuje z trójki na czwórkę, a prędkościomierz wskazuje 160 km/h. A gdy tę kontrolę trakcji wyłączyłem i w zakręcie dodałem gazu, autentycznie dostałem jednocześnie erekcji i biegunki. Jeżeli wiecie, na czym polega nadsterowność i potraficie ją okiełznać, to w M4 będziecie czuli się jak siedmiolatek w Disneylandzie. Ilość czystej frajdy i jeszcze czystszej adrenaliny, jakich dostarcza to auto, jest gigantyczna. Niektórzy dziennikarze motoryzacyjni narzekają, że nie ma tu wolnossącego V8 jak w poprzedniku, lecz „tylko podwójnie doładowane V6”, ale nie wierzcie im. To ludzie, którzy na sugestię żony „może byś mnie popieścił?”, podłączają ją przewodami rozruchowymi do akumulatora.

M4 ma jednak również znacznie spokojniejsze oblicze – przy zupełnie normalnym użytkowaniu potrafi być całkiem komfortowe i ciche, a także zaskakująco ekonomiczne. Sęk w tym, że taka jazda nim jest pozbawiona sensu. To tak, jakby mieć śródziemnomorski jacht i pływać nim po Zegrzu.

Jeżeli wolicie środki, które zamiast pobudzać – uspokajają i sprawiają, że lewitujecie w chmurach, to polecam wam model 640i cabrio. Choć ma 320 koni, to wykorzystywałem tylko 20 z nich. Poważnie. Więcej ten samochód nie potrzebuje. W nim nic nikomu nie musicie udowadniać. A nawet gdybyście musieli, to nie będzie się wam chciało. Pewnego razu złapałem się na tym, że na autostradzie jechałem przez ponad 10 km za tirem. A kiedy okazało się, że do zjazdu mam kolejne 10 km, doszedłem do wniosku, że już nie opłaca mi się wyprzedzać. Dotarłem do domu spóźniony o jakieś dwa dni, a wówczas żona podejrzliwie zapytała, dlaczego jestem taki wyluzowany. I kazała mi chuchnąć.

Właśnie takie jest 640i – rozluźniające. Chcecie tylko jechać jak najdalej i jak najdłużej przed siebie, ciesząc się słońcem wpadającym do środka. Oczywiście w dowolnej chwili możecie skorzystać z pełnej mocy, która katapultuje was do setki w 5,4 sekundy, ale wierzcie mi – nie będziecie mieli na to ochoty. Nawet wtedy, gdy zadzwonicie do domu i słuchawkę podniesie obcy facet.

BMW zbudowało dwa samochody w podobnej cenie, które diametralnie się od siebie różnią. To, który wybierzecie, zależy tylko od waszych upodobań i umiejętności. Musicie tylko pamiętać, że przedawkowanie M4 może być znacznie poważniejsze w skutkach niż zażywanie Mocarza. Z kolei przedawkowanie 640i cabrio w słoneczny dzień wiąże się tylko z jednym – czołem w kolorze tyłka pawiana.