Jakże krzywdząca ironia - przecież wystarczyło, że dwie galerie handlowe zatrzymały schody ruchome, hipermarket zgasił kilka żarówek na parkingu podziemnym, Ikea zaczęła serwować tylko zimne napoje i posiłki, Wrocław pozostawił w zajezdni co piąty tramwaj, a Polacy, na prośbę wicepremiera, powstrzymali się z prasowaniem i zmywaniem do godziny 17. I już po jednym dniu, choć upały nie zelżały, każdy ma znów prądu pod dostatkiem.

Męczy mnie tylko pytanie (pewnie przez upał nie pojmuję), czy to dobrze, czy źle, że wystarczy w sklepie zablokować schody i pić zimną kawę, by system energetyczny kraju powstał z kolan. Bo czy to oznacza, że gdyby Szwedzi spóźnili się z wytycznymi i pani w meblowym jednak włączyłaby ekspres, szlag by wszystko trafił i zapadła ciemność?

Mój przegrzany umysł zastanawia się, po co więc wydawałem krocie na energooszczędny sprzęt AGD, skoro moja nowoczesna lodówka tak obciąża linie, że powinienem ją włączać tylko zimą. W dodatku energetycy psioczą, że zapotrzebowanie na prąd przez tę energooszczędność nie wzrasta, więc brakuje im pieniędzy na modernizację.

Nie rozumiem też, dlaczego ceny energii wzrosły u nas w ciągu roku o 17 proc., skoro fabryki z powodu drożyzny zaczęły kupować prąd za granicą. Sens tego rozpuścił się od gorąca zupełnie. Może zimą zrozumiem. Chyba że śnieg spadnie i prądu nie będzie...