Dziwić może w pierwszej chwili, że pierwszym celem wizyty nie jest Bruksela. Domyślam się jednak, że przygotowanie dobrego programu wizyty tam wymagało więcej czasu: konieczne było dogranie harmonogramu aż czterech ważnych polityków: Jean-Claude’a Junckera, Donalda Tuska, Martina Schulza (szefów Komisji Europejskiej, Rady i Parlamentu) oraz sekretarza generalnego NATO, Jensa Stoltenberga. Nie mówiąc o spotkaniu z królem Belgii (nie wolno Belgii redukować tylko do roli stolicy instytucji międzynarodowych). Wizyta w Brukseli, podobnie jak w Paryżu jest przygotowywana – informuje pałac prezydencki – i to kwestia najbliższych tygodni.

Wybór Estonii pokazuje, że nowy prezydent chce iść śladem swojego poprzednika i mentora, śp. Lecha Kaczyńskiego, którego ideą było wzmocnienie współpracy regionalnej. Kaczyński widział Polskę jako lidera krajów środkowo i wschodnioeuropejskich. Tą drogą najwyraźniej chce iść Duda, co zresztą podkreślał w swoim przemówieniu inauguracyjnym. Zresztą obecność Węgier i Rumunii w grafiku oraz zapowiedź uczestnictwa w spotkaniu prezydentów Grupy Wyszechradzkiej potwierdza to.

W przypadku Estonii sytuacja jest szczególna. Część jej polityków, także w rozmowach ze mną, podkreśla, iż kraj czuje się zagrożony przez Rosję. Estonia nawołuje o wzmocnienie obecności NATO w regionie krajów bałtyckich, chętnie też widziałaby u siebie bazy amerykańskie. Zresztą jest to zgodne z linią prezydenta kraju, nota bene byłego europosła, Thomasa Hendrika Ilvesa. Ilves, który wiele lat spędził w USA, od początku prezydentury w 2006 roku nadaje jej wyraźnie proamerykańską linię. Oczekiwać można, że głównym tematem rozmów będą właśnie bazy NATO i relacje z Rosją. A data? Cóż, pakt Ribbentrop-Mołotow oznaczał nie tylko podział Polski na dwie strefy wpływów, ale koniec niepodległości krajów bałtyckich.

Następna w kolejności ma być wizyta w Berlinie i spotkanie z kanclerz Merkel i prezydentem Gauckiem. Decydując się, tak szybko, na tę wizytę prezydent Duda ma szansę walki z przylepioną a priori etykietką germanofoba. W planach jest też wizyta w Paryżu. To ważne, nie tylko w kontekście bilateralnych relacji polsko-francuskich czy polsko-niemieckich, ale także powrotu do koncepcji Trójkąta Weimarskiego.
Ożywienie modeli Trójkąta Weimarskiego i Grupy Wyszechradzkiej jest zapowiedzią doceniania wagi relacji wielostronnych: czyli poza ożywieniem relacji z krajami środkowo- i wschodnioeuropejskimi, także z dwoma największymi krajami zachodnioeuropejskimi. Nawet w NATO bez współpracy lub przynajmniej życzliwej neutralności Francji i Niemiec Polska wiele nie osiągnie – tu też obowiązuje zasada jednomyślności.
Patrząc na nakreślony wczoraj grafik pierwszych tygodni pracy prezydenta, widać, że chce ambitnie podejść do polityki zagranicznej. Oczywiście niektóre z wizyt były już zaplanowane przez ekipę prezydenta Komorowskiego, bo były np. odpowiedzią na zaproszenie (vide udział w 75 rocznicy bitwy o Anglię czy w sesji ONZ w Nowym Jorku). Ale większość wizyt to już autorskie pomysły prezydenta Dudy i jego ekipy.

Dobrze – oby ten stan trwał jak najdłużej – że prezydent znajduje partnerów w postaci ministrów spraw zagranicznych, Grzegorza Schetyny i obrony, Tomasza Siemoniaka. Na polu polityki zagranicznej nie powinno zatem dochodzić do konfliktów.

Na koniec, najważniejsze bodaj pytanie, na ile realne jest uczynienie z Polski lidera naszej części Europy? Węgry, Łotwa, Czechy czy Bułgaria mają przecież odmienną sytuację i różni je na przykład podejście do relacji z Rosją. To, co łączy to dojrzewająca świadomość, że osobno niewiele znaczą/znaczymy i ciężko być równorzędnym partnerem dla na przykład Niemiec. Łączy nas też problem imigracji z krajów trzecich do naszych oraz naszych obywateli do zachodniej Europy czyli też zjawisko tzw. drenażu mózgów. Jeszcze kilka lat temu słyszałam opinie, że inne kraje środkowowueuropejskie wcale nie chcą Polski w roli ich lidera. To się jednak zmienia. Wojna na Ukrainie, ale też kryzys w strefie euro wpływają na zmniejszenie tych obiekcji. Jeśli prezydent Andrzej Duda będzie umiał konsekwentnie to rozgrywać, dyplomatycznie, i będzie mógł liczyć przynajmniej na brak sprzeciwu szefa dyplomacji, to blok naszej części Europy zacznie się cementować.