O tym, że giełda w Szanghaju potrzebuje korekty, wiadomo było od dawna. O tym, że przydałaby się też ona innym rynkom, mówiło wielu analityków. Chciwi gracze stracą przelewarowane inwestycje, rynek się cofnie, bańka zniknie. Oby tak było.

Czarny scenariusz zakłada, że giełdowe spadki są jedynie wyrazem tego, co dzieje się w chińskiej gospodarce. Trwający dziesiątki lat cud gospodarczy ma się kończyć na naszych oczach, a na światło dzienne mają wychodzić wszystkie skrzętnie skrywane ciemne strony wieloletniego wzrostu. Niesprawny system finansowy, zadłużone samorządy, słabe perspektywy demograficzne, olbrzymie problemy z ekologią, niska efektywność przemysłu, nieprzemyślane inwestycje infrastrukturalne, ograniczony rynek walutowy. Ten katalog problemów można by ciągnąć w nieskończoność, a o każdym z nich można by napisać serie prac naukowych.

Pytanie tylko, czy wszystkie te analizy, opinie i rozważania warte byłyby papieru, na którym zostały napisane, skoro powstałyby na podstawie danych przekazywanych przez władze, których nikt nie kontroluje?

Czy w demokracji tak długo można byłoby funkcjonować, opierając się na niepełnych, budzących wątpliwości statystykach? Czy w państwie z prawdziwie wolną prasą tak długo można by godzić się na narastające społeczne nierówności? Czy w kraju ze sprawnie działającym wymiarem sprawiedliwości mogłaby tak długo funkcjonować i rozwijać się potężna korupcja?

Stawiam polityczne pytanie w komentarzu dotyczącym rynkowego załamania, ponieważ to sama chińska władza budowała swoją popularność na giełdowym boomie. Jak mówili analitycy – to miał być „rynek byka wspierany przez państwa”.

Próby sztucznego podtrzymania giełd spełzły na niczym. Rząd w Pekinie musi poradzić sobie ze stygnącą gospodarką, falą oburzenia po katastrofie składów chemicznych i odpowiedzialnością wobec milionów Chińczyków, którzy kupowali akcje, wierząc w to, że kupują swój udział w „chińskim śnie”.

Jeżeli zamieni się on w koszmar, to gwałtowna i nieprzyjemna pobudka czeka niestety cały świat.