Wydawać by się mogło, że od literki A do B jest tak blisko. Niestety dla nich jest to odległość nie do pokonania. Nie siedzę w ich głowach (na szczęście), ale z ich działań można wnioskować, że coś takiego jak państwo i jego ciągłość nie występuje. Owszem, są stwierdzenia brzmiące podobnie, jednak znaczące zupełnie coś innego. Na przykład „nasze państwo” albo „ich państwo”. I takim rozumowaniem kierują się w swojej codziennej działalności. W tym bałaganie staramy się funkcjonować my – społeczeństwo. I wciąż dostajemy po głowie.

Teraz politycy chcą odwoływać A dotyczące reformy sześciolatków. Szkoda, że nikt z nich nie pomyśli o tym, by spróbować raczej popracować nad B, czyli stworzyć dzieciom warunki na to, by w szkołach w tym wieku mogły funkcjonować. Bo mogą, o czym świadczą doświadczenia innych krajów. Zmniejszyć liczebność w klasach i świetlicach, powyrzucać z nich ławki i krzesła, zatrudnić młodych, pełnych zapału pedagogów. To jednak wymagałoby od nich konkretnych działań – znalezienia pieniędzy, rozprawienia się z Kartą nauczyciela. Bezpiecznej więc to A unieważnić.

Konsekwencje? Będą, ale dla innych – dla samorządów, nauczycieli, w końcu dzieci. Dlatego coraz bardziej rozumiem tych, którzy decydują się posłać swoje pociechy do szkoły np. w Irlandii. Oczywiście sześcioletnie.