Jadąc do Niemiec Andrzej Duda kierował się lekarskim mottem primum non nocere. Chciał pokazać, że zmiana władzy nie oznacza pogorszenia stosunków polsko-niemieckich oraz o co gra w kwestiach baz NATO w Polsce i sytuacji na Ukrainie.

Do tej pory politycy niemieccy znajdowali się w komfortowej sytuacji. Poprzedni prezydent wywodził się z ugrupowania, które należy do tej samej europejskiej partii co CDU Angeli Merkel. Wspólnych pól kontaktu i działań było sporo. Natomiast PiS z punktu widzenia Berlina pozycjonuje się jako ugrupowanie konserwatywne i antyfederalistyczne, co często w Niemczech tłumaczy się jako eurosceptyczne. Do tego pamięć relacji PiS z Niemcami, w tym m.in. niejasnych sformułowań Jarosława Kaczyńskiego o Angeli Merkel w poprzedniej kampanii wyborczej, mogła budzić pytanie o wzajemne relacje.

Na tym tle prezydent, który podkreśla sympatię dla Niemiec i zapewnia, że stosunki polsko-niemieckie są bardzo ważne i dobre, musi robić dobre wrażenie. Pomysł przejrzenia dotychczasowych stosunków i przygotowania mapy działań we wzajemnych relacjach na kolejne 25 lat czy objęcia patronatem prezydentów Polski i Niemiec wymiany młodzieżowej to może gesty, ale potwierdzające wypowiedziane słowa.

Przyjęcie naszego prezydenta pokazało, że Niemcy do zmiany w Pałacu Prezydenckim podchodzą pragmatycznie. Umarł król niech, żyje król. W miejsce serdecznych relacji z Bronisławem Komorowskim mamy dobre relacje z Andrzejem Dudą. Spotkanie z Angelą Merkel, podczas którego jak zapewniał jeden z uczestników – nie patrzono na zegarek – było udane. Prezydent może mówić o udanym debiucie w najważniejszej europejskiej stolicy.

Wizyta dała także Andrzejowi Dudzie i jego otoczeniu szanse na wyłożenie kart na stół. Jak wynika z naszych informacji, rozmowy z Angelą Merkel dotyczyły głównie przyszłorocznego szczytu NATO i sytuacji na Ukrainie. Wspólne jest założenie, że porozumienia z Mińska powinny być realizowane. Zresztą dziś to jedyne konkrety, których można się trzymać. Podobnie jest z bazami NATO w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Dziś Niemcy są sceptyczni, ale sposób, w jaki Władimir Putin traktuje nie tylko Ukrainę, ale państwa bałtyckie, czyli członków Unii Europejskiej (i unii walutowej) oraz Paktu, ten sceptycyzm może z czasem osłabić. Nikt nie mówi „nie”, tak samo jak nikt nie mówi, że to proste. Czyli z jednej strony chodzi o wypracowanie jakiejś formy politycznego porozumienia wewnątrz NATO w tej sprawie. Z drugiej o podsunięcie takich rozwiązań technicznych dotyczących baz, które osłabią niemiecki sceptycyzm.

Z kolei Niemcy chcą rozmawiać o udziale Polski i innych krajów tej części Europy w rozwiązaniu problemu imigracji. Ta kwestia była poruszana głównie w rozmowie z prezydentem Joachimem Gauckiem. Podobno prezydent Andrzej Duda wskazał, że ta kwestia leży w gestii rządu. Podkreślał, że takie rozwiązanie powinno być całościowe w skali UE i być także receptą na przyczyny exodusu. Polska argumentuje też, że dopóki sytuacja na Ukrainie nie zostanie ustabilizowana, dopóty wisi nad nami groźba masowego napływu uchodźców z tego kraju. Ale imigranci są tematem, którego Niemcy nie odpuszczą. Mamy kampanię wyborczą. Imigranci nie są w jej kontekście wygodni. Przyszły rząd – obojętnie z PiS czy z PO – będzie musiał w tej sprawie przejawić inicjatywę.