W latach 1968 – 1998 Irlandię Północną trawił konflikt cywilny zwany The Troubles (Kłopoty). Jego przyczyną było powstanie w 1921 roku Irlandii Północnej, jako prowincji Wielkiej Brytanii. Niezadowoleni z tego faktu, w większości katoliccy, Irlandczycy, chcieli przyłączenia Irlandii Północnej do Republiki Irlandii. Ludność pochodzenia szkockiego i angielskiego, w większości wyznająca protestantyzm, broniła przynależności Irlandii Północnej do Wielkiej Brytanii. Podczas The Troubles zginęło ponad 3 tysiące ludzi, kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Oficjalne zakończenie konfliktu nastąpiło w 1998 roku, kiedy rządy Irlandii i Wielkiej Brytanii podpisały porozumienie wielkopiątkowe mówiące o tym, iż Irlandia Północna pozostała częścią Wielkiej Brytanii, ale w przyszłości społeczeństwo otrzyma możliwość zdecydowania o zjednoczeniu wyspy w drodze referendum. Na mocy porozumienia wypuszczono z więzień członków organizacji paramilitarnych, skazanych za przestępstwa umotywowane politycznie.

Anna Sobańda: Czy Belfast to dobre miejsce do życia?

Aleksandra Łojek: Zawsze myślałam o tym, że chciałabym odwiedzić Belfast, głównie ze względu na historię tego miasta. Nigdy nie myślałam jednak, że będę tu mieszkała. Kocham to miasto i jednocześnie nienawidzę. Belfast ma bardzo wiele zalet, ale też ogrom wad. Te podziały, które tutaj funkcjonują, są trudne do ignorowania. Można co prawda tu żyć przez wiele lat i ich nie zauważać, jednak ja je poznałam. Wiem, że gdy mój syn dorośnie, też będzie musiał je poznać, dlatego zastanawiam się, czy to jest dobre miejsce na wychowywanie dziecka. Cały czas jestem więc rozdarta.

Mówisz, że można przez lata mieszkać w Belfaście i nie zauważyć tego, jak podzielone jest miejscami to miasto. Jak to się stało, że ty poznałaś te podziały?

Bardzo wiele osób, które wybrały w Belfaście inne adresy i inne prace, może nie być świadomych tych podziałów. Są tu bowiem miejsca, w których życie toczy się bardzo kolorowo, pięknie, kosmopolitycznie. Do nich należy na przykład centrum miasta czy zielone przedmieścia wiktoriańskich domków. Żyjąc tam, można wielu rzeczy nie rozumieć i nie widzieć. Ja zaczęłam poznawać tę trudniejszą stronę Belfastu w momencie, w którym zaczęłam pracować na stanowisku mediatora wśród tak zwanej klasy robotniczej. Wówczas zaczęłam widzieć, przez co ci ludzie przeszli i przez co cały czas przechodzą. Belfast składa się z dwóch części: z tej sytej, szczęśliwej klasy średniej i w miarę bogatych zintegrowanych imigrantów, oraz tej drugiej nieuprzywilejowanej, smutniejszej, która przeszła konflikt oraz biedniejszych imigrantów. Ten konflikt oficjalnie się zakończył, ale w niektórych miejscach wciąż jeszcze się tli.

W odpowiedzi na twoją książkę pojawiają się komentarze, że konflikt który opisujesz jest czymś marginalnym, a życie w tym mieście toczy się jak w każdej europejskiej stolicy.

Już we wstępie napisałam, że to nie jest książka o Irlandii Północnej, więc najwyraźniej osoby, które zarzucają mi zakłamywanie prawdy o społeczeństwie Belfastu najwyraźniej tego nie doczytały. To jest książka o tych miejscach Irlandii Północnej, które może nie stanowią jej większości, ale stanowią jej na tyle istotną część, że absolutnie nie wolno jej ignorować. Ten ból i tę historię należy szanować. To nie jest książka o ludziach, którym jest wygodnie i dobrze, którzy nie znają tego konfliktu. Myślę też, że nie dla takich ludzi ją pisałam.

Tytuł twojej książki brzmi „Belfast. 99 ścian pokoju”. Czym są te ściany pokoju?

Kiedy dowiedziałam się o istnieniu ścian pokoju, czyli peace walls, byłam przekonana, że to jest nazwa ironiczna. To są bowiem faktyczne mury, których jest dość dużo w Belfaście, a które oddzielają części katolickie od protestanckich. Oczywiście nie cały Belfast jest nimi usiany, ale jest ich dużo i nie da się ich nie zauważyć. Z jednej strony ścian pokoju mieszkają katolicy, z drugiej protestanci. To mogą być ludzie, którzy nigdy nie poznali się wzajemnie, a dzieli ich tylko ściana i poglądy, nic więcej. Na ogół bowiem mają te same problemy, pragnienia, są ofiarami tych samych zaniedbań. Oprócz ścian pokoju są jeszcze tak zwane interfejsy. Są to całe fragmenty dzielnic, które przylegają do siebie i tworzą pasma ziemi niczyjej. Dochodzi tam do starć, najczęściej pomiędzy nastolatkami z obydwu stron konfliktu.

Czy konflikt pomiędzy protestantami i katolikami wciąż jest widoczny na ulicach Belfastu?

Tego się nie zauważa na ulicach. Turysta czy wygodny przedstawiciel klasy średniej, albo imigrant, który miał szczęście i trafił do spokojnej dzielnicy, tego nie zauważy. To są rzeczy, które się odkrywa po jakimś czasie, uczestnicząc w życiu lokalnej społeczności. Kiedy tu przyjechałam, zauważałam wiele znaków sugerujących, że to miasto jest poranione. Po pewnym czasie zaczęłam się w to wgłębiać. Te podziały istnieją przede wszystkim w głowach ludzi, choć są i tacy, którzy starają się z nimi walczyć i zamiast żyć trudną historią, próbują patrzeć w przyszłość. To jest niewątpliwie bardzo trudne, ale jednocześnie bardzo pozytywne. Są jednak też tacy, którzy nie potrafią wyjść z przeszłości z bardzo wielu powodów. Ostatnio słyszałam historię człowieka, który w czasie The Troubles stracił w sumie sześć bliskich mu osób. On jest mieszkańcem dzielnicy katolickiej i może to nawet nie jest tak, że nienawidzi protestantów, bardziej jest to jakaś nieufność, strach i potężna trauma. Tak więc mamy do czynienia z ludźmi, mającymi w sobie takie urazy, które oczywiście nie są widoczne dla przejezdnego turysty. Dlatego to miasto jest tym bardziej fascynujące, im dłużej się w nim jest.

Sporo miejsca w swojej książce poświęcasz działalności organizacji paramilitarnych, czyli na przykład IRA i jej odłamom. Czy one faktycznie wciąż aktywnie działają? Bo z twoich relacji wynika, że organizacje te właściwie przejęły w swoich dzielnicach funkcje policji i sądów.

One są nadal nieodłączną częścią tkanki społeczeństwa Irlandii Północnej i to się prędko nie zmieni. W czasie The Troubles czegoś takiego, jak sprawiedliwość czy sądy, którym by wszyscy ufali, nie było. Sądy nie były odbierane jako niezawisłe, uważano że są bardzo probrytyjskie. Między innymi dlatego powstawały organizacje paramilitarne, by bronić swoich. One oczywiście miały głównie zwalczać przeciwników, ale ich ważną rolą było także zachować dyscyplinę w miejscach, w których działały. Wiele z nich przetrwało do dziś i mamy w Belfaście do czynienia z dużą liczbą organizacji paramilitarnych z każdej ze stron. Zazwyczaj mieszkańcy wiedzą, w jakiej dzielnicy jaka organizacja działa. Czasami widać to po muralach, a czasami jest to wiedza wewnętrzna. Wciąż wymierza się kary, prowadzi negocjacje pomiędzy organizacjami paramilitarnymi a zwykłymi ludźmi.

To wszystko dzieje się chyba niejako za przyzwoleniem władz brytyjskich. Policja nie próbuje zwalczać tych organizacji? Przecież one wykonują wyroki na przykład w postaci przestrzelenia kolan albo wypędzenia z miasta.

To, że takie organizacje działają i w jaki sposób działają, jest wiedzą powszechną. Ponieważ trwa wciąż proces pokojowy, nie jest możliwe, żeby rozmontować wszystko za jednym zamachem. Nie da się w tak niedługim czasie odbudować wiary i ufności w niezawisłe sądy. Te organizacje będą więc istnieć, dopóki to zaufanie nie zostanie odbudowane. Ludzie po prostu chcą, żeby sprawiedliwość, jaką oni uważają za dobrą, została jak najszybciej zaprowadzona. Praca z policją, czy sądami wymaga procesów, procedur i cierpliwości. To wszystko trwa za długo w oczach ludzi, którzy żyją na terenie postkonfliktowym. Oni by chcieli, żeby było jak dawniej, żeby sprawiedliwości stawało się za dość tu i teraz. Interesującym zjawiskiem jest też to, że są „dobrzy” i „źli” paramilitarni. W tych organizacjach działają również i ludzie bardzo oddani pokojowi i współpracy z drugą stroną. Belfast to miasto paradoksów.

Odbiór społeczny tych organizacji też nie jest chyba taki oczywisty. Opisałaś historię kobiety, która sama zgłosiła się do jednej z nich, by przywołała do porządku jej syna, który zaczął zajmować się narkotykami.

Tak, mamy tu do czynienia z kompletnie bezradnymi rodzicami, którym się młodzież wymyka spod kontroli. Ci rodzice nie wiedzą, jak być rodzicami. I teraz pytanie, co zrobić w takiej sytuacji? Czy zwrócić się o pomoc do organizacji paramilitarnej? A przez pomoc rozumiemy tu zastraszenie, pobicie czy na przykład przekierowanie dziecka do jakiegoś programu, bo i tym zajmują się niektóre organizacje. Wszystko zależy od geografii, od stopnia zastraszenia. To są pytania, z którymi ja się musiałam tu zmierzyć, a odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Przykład tej matki nie jest tu odosobniony.

Mówisz o tym, że część mieszkańców Belfastu ciężko pracuje nad tym, by zapanował pokój. A czy zauważasz jakieś działania, które ten konflikt podsycają?

Władza w Irlandii Północnej jest zarówno w rekach republikanów, jak i lojalistów. Są przedstawiciele obu stron, którzy tak bardzo chcą osiągnąć własne cele niekoniecznie polityczne, że własnymi wypowiedziami podsycają ten konflikt. Coraz więcej polityków jednak uważa na to, co mówi, myślą bowiem o demokratycznym rozwiązaniu tej sytuacji, jaka tu jest, czyli prawdopodobnie referendum. Mieszkańcy Irlandii Północnej mieliby się w nim wypowiedzieć, czy chcą wrócić do Republiki Irlandii, czy chcą zostać ze Zjednoczonych Królestwem. Oczywiście, jeśli czyta się lokalne gazety, to można zauważyć, że są takie postaci, które zaogniają konflikt. Na całe szczęście, jakoś ten dziwny rozejm tutaj trwa. Niedługo minie 20 lat od porozumienia wielkopiątkowego. Ono jest koślawe, kulawe, czasem nie wychodzi, wybuchają zamieszki, ale jednak ten pokój trwa. Co jest dla mnie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę siłę tych różnic. Bo tu chodzi przecież o dwa zwalczające się nacjonalizmy.

Ty dużo rozmawiasz z osobami, które albo same brały czynny udział w The Troubles, albo straciły kogoś bliskiego w tym konflikcie. Czy udało ci się z tych rozmów wyciągnąć jakieś wnioski na temat tego skąd wzięła się tak silna nienawiść pomiędzy ludźmi, których tak naprawdę więcej łączy niż dzieli?

Wydaje mi się, że to jest taka samonakręcająca się spirala. Bo śmierć kogoś bliskiego zawsze zostawia ogromny uraz. Nawet jeśli tracimy kogoś w wypadku, czujemy ból, szukamy winnych, a tutaj mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie tak dawno potracili bliskich w konflikcie, w którym ktoś celowo zadał im śmierć. To nie są rany, które łatwo zagoić. Dlatego tak jak powiedziałam, jestem pełna podziwu, że ten pokój trwa, bo czasami jak patrzę na przykład na polską politykę, to widzę reakcję, często zupełnie niewspółmierne do tego, co działo się w przeszłości. Tym bardziej więc podziwiam ludzi, którzy tutaj zaciskają zęby i powstrzymują się przed zemstą na drugiej stronie, która wyrządziła im tak realną krzywdę.

Wspomniałaś o polskiej polityce. Co sądzisz o tym, co się u nas dzieje, o politykach, którzy podsycają społeczne podziały, by realizować własne cele?

Myślę, że politycy są mniej lub bardziej cyniczni na całym świecie. Polscy politycy zaś w przeważającej większości są po prostu strasznie przaśni. Nie zastanawiają się nad wieloma rzeczami, plotą bezmyślnie. Mam czasami wrażenie, że nikomu w polityce nie zależy tak naprawdę na Polsce. I nie mam tu na myśli Polski jako wielkiego, potężnego kraju, który ma wszystkich podbić, sobie podporządkować i szerzyć chrześcijańskie wartości, tylko o takim normalnym, demokratycznym kraju. Z perspektywy Belfastu wydaje mi się, że Polska dla nich to takie poletko, które ktoś chce cały czas zagarnąć dla siebie, żeby się dorobić, czy być lepiej obsługiwanym w restauracji. A my się później tymi wszystkim głupotami przejmujemy, czyli czym kto jeździ, jaki ma zegarek, ile zarabia itd.

A jak z perspektywy Belfastu oceniasz coraz większe antagonizmy w polskim społeczeństwie?

Dziwi mnie to bardzo. Urodziłam się w czasach komunistycznych i komunę odbieram jako coś jednoznacznie złego. Niemniej uważam, że choć nie odnieśliśmy takich ran, jak Północnoirlandczycy, to zachowujemy się dużo gorzej od ludzi tutaj.

Zgadzam się z tym, że w jakimś sensie Polska też jest terenem postkonfliktowym. W jakimś sensie też wyszła z rodzaju niewoli i odniosła rany. Oczywiście skala jest inna niż w Irlandii Północnej. Jestem w stanie zrozumieć pewne zachłyśniecie się Polaków wolnością oraz to, że jako Słowianie reagujemy niewspółmiernie na niektóre rzeczy, jednak te wszystkie populizmy to jest bardzo martwiące zjawisko.

Bohaterowi twojej książki często tłumaczą konflikt w Irlandii Północnej takim zdaniem „jesteśmy ofiarami geografii i polityki”. My Polacy też moglibyśmy tak o sobie powiedzieć. Zastanawiam się, jak cienka jest granica, pomiędzy antagonizmami, podsycanymi przez polityków, z jakimi mamy obecnie do czynienia w Polsce, a tak silną nienawiścią, która w Irlandii Północnej doprowadziła do krwawego konfliktu?

Sądzę, że w Irlandii Północnej, ta krwawa historia jest na tyle świeża, że społeczeństwo robi wiele, żeby móc dalej normalnie żyć i nie wracać do tych niepokojów, które wciąż wielu ma w pamięci. Może to co teraz powiem jest brutalne, ale być może musi zostać przelana krew i musi dojść do straszliwych ludzkich tragedii, żeby ludzie pamiętali, jaka jest cena tego kroku. Wydaje mi się, że my nie mamy tej świadomości, ponieważ potężne straty ludzkie mieliśmy w czasie II wojny światowej i mamy inną pamięć tych wydarzeń.

Chcesz powiedzieć, że Polacy nie doceniają tego, że zmiana ustroju odbyła się u nas względnie spokojnie i bezkrwawo?

Będąc doktorantką na Uniwersytecie Jagiellońskim byłam osobą bardzo zadowoloną ze swojego życia intelektualnego i uważałam wówczas, że bardzo dobrze jest rozliczyć się z przeszłością, dlatego też popierałam lustrację. Myślałam, że trzeba sprawdzić, co ludzie robili w swoim życiu i w pewnym sensie karać ich za niedobre wybory. Teraz, po tych wielu rozmowach z mieszkańcami Irlandii Północnej widzę, że to nie jest takie czarno - białe. Że są ludzie, którzy robili straszne rzeczy w przeszłości i naprawdę przeszli świadomą przemianę na lepsze. Zrozumiałam, że ludzie potrafią się zmienić z potworów w istoty, które pomagają, chcą naprawić to co zrobili i tak naprawdę wnoszą teraz więcej dobra, niż niejedna osoba, która przez całe życie była letnia, czyli nikogo nie skrzywdziła, ale też nikomu nie pomogła.
Poza tym trzeba zadać też sobie pytanie, czy na przykład po 20 latach mamy do czynienia wciąż z tym samym człowiekiem. Kogo my po takim czasie karzemy? Osobę, która dokonała w sobie wielkiej zmiany i bardzo żałuje? Czy też kogoś, kto popełnił tę zbrodnię, ale kogo tak naprawdę już nie ma. Bo w sensie psychicznym, tej osoby która popełniła to przestępstwo przecież już nie ma. Ja się oczywiście tak wymądrzam, ale gdyby mi zabito dziecko w ramach konfliktu, tylko dlatego, że miało inny pogląd, albo stało w nieodpowiednim miejscu, to nie wiem, czy potrafiłabym myśleć o grubej kresce.

Ale Północnoirlandczycy chyba mają inne podejście do rozliczania z przeszłością. W Irlandii są osoby, które obecnie są politykami, wcześniej zaś były sądzone za zabójstwa, dokonywane podczas The Troubles. Społeczeństwo akceptuje taki stan rzeczy?

To nie jest tak, że nikomu to tutaj nie przeszkadza. Dla mnie, jako obserwatora to było bardzo szokujące, ale dla wielu mieszkańców Belfastu to jest naturalna kolej rzeczy. Uważają, że skoro podpisano porozumienie wielkopiątkowe, to pewne rzeczy z przeszłości należy zamknąć raz na zawsze.

Z twoich obserwacji wynika, że mieszkańcy Belfastu wykonują ciężką pracę na rzecz pokoju i zażegnania dawnych konfliktów, mimo tego, iż cyniczni politycy próbują niekiedy ten konflikt podsycać. Jak sądzisz, dlaczego w Polsce politykom udaje się takie społeczne podziały pogłębiać.

Obawiam się, że w przeciwieństwie do mieszkańców Irlandii Północnej, Polacy nie mają w sobie obecnie takiej niechęci do antagonizmów i pozwalają politykom karmić się nienawiścią. Nie jestem pewna, czy my jesteśmy po prostu gotowi na demokrację, którą sobie wywalczyliśmy.

Może po prostu Polacy zapomnieli, czym takie konflikty, które wymkną się spod kontroli, mogą grozić.

Być może wynika to z tego, że jesteśmy na zupełnie innym etapie, niż mieszkańcy Irlandii Północnej. I dopóki Polacy nie uświadomią sobie takiego prawdziwego patriotyzmu, którego nie utożsamiam z nacjonalizmem, ale raczej z myśleniem obywatelskim, dopóty te wszystkie podziały i nienawiść ziejąca z mediów będą istniały. Dlatego przyznam, że czasem ręce mi opadają, jak oglądam wiadomości z kraju.

Jako emigrantka wstydzisz się czasem tego, co wyprawia się w Polsce?

Nie, nigdy nie wstydzę się Polski. Są w Polakach takie rzeczy, które bardzo lubię, ale są też takie, których nie znoszę. Jestem Polką i Polką zostanę.
Tak więc nie czuję wstydu, choć czasami mi ręce opadają. Pamiętam, jak kilka lat temu byłam w londyńskim oddziale BBC World, gdzie przeprowadzano wywiad ze mną na temat imigrantów w Polsce. To było wówczas, gdy polskie media żyły tematem rzekomego homoseksualizmu w Teletubisiach. To było coś, o co zapytano mnie znienacka na antenie. Miliony oglądających, a oni pytają mnie o Teletubisia geja. Już nie pamiętam, co wtedy odpowiedziałam, jakoś z tego wybrnęłam przy pomocy żartu, kompletnie mokra i pomyślałam sobie, że nigdy więcej nie chciałabym ponownie znaleźć się w tak krępującej sytuacji.
Ale takie sytuacje zdarzają się wszędzie. Kilka lat temu jeden z północnoirlandzkich ministrów uznał na przykład, że geje nie mogą oddawać krwi. Tak więc zdrowy rozsądek niestety rzadko towarzyszy politykom. Niektóre ich wygłupy są naprawdę żałosne.

A jak w tych dwóch zwalczających się nacjonalizmach żyje się imigrantom?

Wszystko oczywiście zależy od tego, gdzie się mieszka i z kim się pracuje. Znam sytuacje, Polaków, którzy byli dyskryminowani, znam jednak i takich, myślę, że jest ich większość, którzy żyją sobie zupełnie bezproblemowo. Myślę, że Polacy z natury swojej są bardziej pro republikańscy, pro irlandzcy. Oczywiście mocno teraz generalizuję, ale tak możemy być tutaj odbierani. Przez podobną historię, katolicyzm, a także dlatego, że kreowano w Polsce przez lata tę sympatię do narodowowyzwoleńczej walki Irlandczyków. To może budzić pewne napięcia, ponieważ Brytyjczycy mogą sądzić, że jeśli dojdzie do referendum, to Polacy, z których duża część będzie miała prawo do głosowania, mogą oddać swój głos na rzecz Irlandczyków.
Pojawia się też w Irlandii Północnej coraz więcej imigrantów z Syrii, ale nie słyszę, aby dochodziło do jakiś prześladowań. Nie jest jednak też tak, że nie zdarzają się akty rasistowskie. Dochodzi do nich, ale wydaje mi się, że mieszkańcy Irlandii Północnej, są dużo mniej rasistowscy niż Polacy.

Dlaczego tak sądzisz?

Często zaglądam na polskie fora internetowe i ten poziom nienawiści, obecnie do muzułmanów, wcześniej do żydów, czy gejów jest porażający. Tutaj absolutnie nie jest to tak widoczne, jak w Polsce. Myślę, że wynika to z tej nienawidzonej przez polaków politycznej poprawności, którą ja tutaj bardzo cenię.

Polityczna poprawność wpływa na tolerancję?

Tutaj na co dzień bardzo kontroluje się język. Wynika to z praw zabezpieczających mniejszości i to naprawdę wpływa na psychikę. Ludzie zaczynają bowiem czuć więcej empatii i na początku myślą takimi kategoriami „nie mogę powiedzieć, że nienawidzę Somalijczyków, bo zostanę za to ukarany”. Później pojawia się myśl: „może ja faktycznie ich nie nienawidzę”. Ten mechanizm kontroli języka w pewnym momencie wpływa na to, jak się myśli. Być może jest to brutalna ingerencja, ale uważam, że na dłuższą metę świetnie działająca. Ja spotkałam tutaj ludzi, którzy nie lubią obcych, ale przez to, że jest tak bardzo dużo projektów antyrasistowskich oni uczą się, że rasizm jest zły. Że ten Afrykańczyk zza płotu, jest tak jak ja, a może nawet jest w gorszej sytuacji, bo cała jego rodzina została zamordowana w Somalii.

Dlaczego twoim zdaniem mieszkańcy Irlandii Północnej lepiej reagują na imigrantów niż Polacy?

My sobie chyba wciąż nie zdajemy sprawy z tego, jak bardzo potrzebujemy imigrantów. Wielka Brytania już wie, że bez ludzi przyjeżdżających tu do pracy, nie mogłaby funkcjonować. Natomiast my jeszcze nie widzimy tego, że bez imigrantów też nie damy sobie rady z powodu starzejącego się społeczeństwa. Potrzebujemy więc tych znienawidzonych Ukraińców, tych ludzi zza ściany wschodniej, potrzebujemy tych Syryjczyków, których mam nadzieję przygarniemy, obojętnie czy to będą muzułmanie, czy chrześcijanie. Po prostu potrzebujemy wymiany krwi i to jest zdrowe.

Czy powiedziałabyś, że Belfast cię jakoś zmienił?

Tak, bardzo. Ja byłam kompletnie inną osobą, zanim tu przyjechałam. W ogóle emigracja mnie zmieniła i troszkę takich trudnych przejść osobistych. Sam fakt, że musiałam zejść z tego akademickiego stołka i zacząć pracować z tymi, tak zwanymi nizinami społecznymi, bardzo na mnie wpłynął, o dziwo pozytywnie. Na pewno czuję się szczęśliwszym człowiekiem, czuję się bardziej spokojna niż kiedyś. Choć bywam smutniejsza. Mam większe amplitudy nastrojów. Na pewno mam też dużo lęków, bo poznałam ludzi naprawdę bardzo złych. Z drugiej strony zrozumiałam, że nawet w tych najbardziej złych, może pojawić się okruch dobra, który robi się coraz większy. Brzmi to pewnie banalnie, ale tak jest. Z jednej strony te lęki bywają bardzo duże, kiedy dociera do mnie na przykład, że ktoś z moich sąsiadów może mieć w sobie wiele okrucieństwa. Z drugiej zaś strony pojawia się nadzieja, bo przecież ten pokój mimo wszystko tutaj trwa i nie da się nie dostrzec siły dobra w tym wszystkim. Mój świat przed wyjazdem do Belfastu był bardzo przeinteluktalizowany. Ja się w nim dobrze czułam, ale mam wrażenie, jakbym nie poznawała wówczas smaku prawdziwego życia.

Aleksandra Łojek, "Belfast. 99 ścian pokoju", Wydawnictwo: Czarne, 2015