Zwolennicy dodatkowego opodatkowania sieci handlowych, szczególnie tych dużych z zagranicznym kapitałem, twierdzą, że stracą na tym jedynie zagraniczni akcjonariusze sieci, a polscy konsumenci i kupcy zyskają. Widocznie zakładają, że inwestorzy niemieccy, francuscy czy angielscy prowadzą w Polsce akcję charytatywną. Doświadczenia innych państw uczą, że nie da się bezkarnie opodatkować inwestorów i że nakładane na nich podatki przenoszone są na konsumentów. Rozkład strat i korzyści będzie więc inny niż przewidują inicjatorzy dodatkowego opodatkowania sieci. Stracą przede wszystkim konsumenci, bo ceny zarówno w sieciach, jak i indywidualnych sklepach pójdą w górę. Stracą również pracownicy sieci, bo wstrzymane zostaną podwyżki wynagrodzeń, oraz przedsiębiorstwa dostarczające do sieci swoje produkty i zatrudnieni w nich pracownicy, bo sieci przerzucą na nich część nowego podatku. Skorzystają właściciele indywidualnych sklepów, bo również będą mogli podnieść nieco ceny. Głównymi beneficjentami będą jednak politycy, którzy wsparci głosami sklepikarzy i ich rodzin oraz osób niechętnych kapitałowi zagranicznemu dostaną się do Sejmu.

Konsumenci wybierają sklepy sieciowe przede wszystkim ze względu na niższe ceny. A ceny mogą być niższe dzięki większej efektywności handlu sieciowego. Dostawcy dużych sieci mogą obniżyć ceny, ponieważ wraz ze wzrostem produkcji maleją jednostkowe koszty wytworzenia. Podobnie maleją koszty transportu i obsługi sklepów. Dochodzą jeszcze korzyści z szybszej rotacji towarów, oznaczającej dla sprzedawców mniejsze wydatki na wyposażenie sklepów i szybszy obrót kapitału. Korzyści z dużej skali sprzedaży odnoszą konsumenci, bo ceny na półkach w sklepach sieciowych są wyraźnie niższe, producenci, ponieważ maleją koszty, oraz pracownicy, bo rośnie wydajność pracy, a wraz z nią wynagrodzenia. Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu średnie wynagrodzenie w sieciach handlowych jest wyższe niż w handlu indywidualnym.

W naszym kraju nie wykorzystujemy w pełni korzyści skali. Polskie przedsiębiorstwa, zarówno produkcyjne, jak i handlowe, są nadmiernie rozdrobnione. Rezultaty jest niska produktywność, niski poziom i niska efektywność inwestycji, a w konsekwencji wolniejszy wzrost gospodarczy.

Produktywność mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 pracowników, jest w Polsce szczególnie niska, stanowi mniej niż 40 proc. produktywności dużych firm. Dla porównania w Niemczech produktywność mikroprzedsiębiorstw stanowi ponad 80 proc. produktywności dużych firm. Tak duża statystyczna różnica produktywności małych i dużych firm w naszym kraju wynika w części z wyjątkowo dużego udziału nierejestrowanej sprzedaży w mikrofirmach, w części z innej struktury branżowej małych i dużych firm, ale przede wszystkim z niskiej efektywności w wyniku nadmiernego rozdrobnienia. Konsolidacja produkcji w Polsce jest więc szczególnie pożądana, a rozwój handlu sieciowego oferującego dostawcom duże zamówienia przyspiesza konsolidację producentów.

Jeżeli obciążamy dodatkowymi podatkami najbardziej efektywne przedsiębiorstwa, nieważne, czy produkcyjne, czy handlowe, to powodujemy przesunięcie produkcji i sprzedaży do przedsiębiorstw mniej efektywnych, czyli droższych. Prowadzi to do nieracjonalnego wykorzystania kapitału oraz pracy i w efekcie maleje efektywność całej gospodarki. Jeżeli będziemy się rozczulać nad małymi firmami i metodami administracyjnymi, będziemy powstrzymywać eliminację najmniej efektywnych przedsiębiorstw, nie możemy liczyć na szybki wzrost gospodarki i dochodów. Średnie wynagrodzenie w mikrofirmach w Polsce jest o 1500 zł niższe niż w firmach dużych. Konsolidacja przedsiębiorstw w naszym kraju leży zarówno w interesie konsumentów, bo umożliwia obniżenie kosztów produkcji i cen, jak i pracowników, bo prowadzi do wzrostu wydajności pracy i wynagrodzeń. Szkoda, że przeciwnicy sieci handlowych nie dostrzegają tych zależności i promują model arabski: setki tysięcy malutkich sklepików, znikoma wydajność pracy i niskie dochody, a poprawa warunków życia możliwa pod warunkiem, że wytryśnie ropa naftowa lub gaz.

Jeżeli denerwuje nas, że największe sieci handlowe należą do inwestorów zagranicznych, to sami więcej oszczędzajmy i inwestujmy, zakładajmy własne sieci handlowe, łączmy w sieci indywidualne sklepy.

Jeżeli uważamy, że część sieci handlowych zaniża uzyskiwane w Polsce dochody i płaci zaniżone podatki, to zaktywizujmy służby skarbowe, w których pracuje 50 tys. osób, i zaostrzmy kontrolę sieci handlowych. Ale nie stosujmy odpowiedzialności zbiorowej, nie formułujmy oskarżeń dotyczących wszystkich, tylko stawiajmy indywidualne zarzuty oparte na wynikach kontroli, a nie na emocjach.

Ograniczenie rozwoju liderów rynku może być uzasadnione, jeżeli zdobywają pozycję monopolistyczną lub na tyle silną, że ich dominacja ogranicza konkurencję ze szkodą dla konsumentów. Ale w Polsce nie mamy do czynienia z nadmierną koncentracją handlu. Wręcz przeciwnie, w porównaniu z innymi krajami mamy dużo sieci handlowych zajadle z sobą konkurujących. Dzięki temu ceny nie rosną i poprawiają się warunki, w jakich dokonujemy zakupów.

Dodatkowe opodatkowanie najbardziej efektywnych przedsiębiorstw, które właśnie dzięki tej efektywności stały się liderami rynku, szkodzi wszystkim z wyjątkiem ich konkurentów. Hamuje wzrost wydajności pracy i wzrost wynagrodzeń, bo karze najlepsze zespoły pracowników. Jeżeli pozyskują uznanie konsumentów i zwiększają sprzedaż, firma będzie musiała zapłacić dodatkowy podatek, więc zmaleją szanse na wzrost ich wynagrodzeń.

Nałożenie na sieci handlowe dodatkowego podatku wywoła reakcję łańcuchową.

Zmniejszy się rentowność inwestycji netto dla akcjonariuszy, więc oni zwiększą presję na zarządy sieci, aby przywróciły rentowność zakładaną w momencie podejmowania decyzji o inwestowaniu. Rozpocznie się stopniowe podnoszenie cen w celu utrzymania rentowności. Warto zwrócić uwagę, że największy udział w rynku zdobywają sieci handlowe, które oferują konsumentom najlepszą relację jakości i ceny, dzięki czemu pozyskują ich uznanie. Nakładanie na takie sieci dodatkowego podatku jest więc sprzeczne z interesem konsumentów, bo prowadzi do wzrostu cen w sklepach, w których zakupy uznają oni za najbardziej korzystne.

Jednocześnie wstrzymane zostaną podwyżki wynagrodzeń w sieciach, bo skoro zmniejszy się rentowność, trzeba będzie szukać oszczędności. Pracownicy sieci poczują się pokrzywdzeni i wiedząc, że wzrost ich wynagrodzeń zależy od przywrócenia rentowności, staną się bardziej wymagający wobec dostawców. W konsekwencji zmniejszy się rentowność producentów i wyhamuje wzrost wynagrodzeń zatrudnionych u nich pracowników.

Wyhamowanie wzrostu wynagrodzeń pracowników sieci i ich dostawców będzie skutkowało ograniczeniem wpływów do budżetu z podatku od wynagrodzeń i składek na ubezpieczenia społeczne. Zwolennicy dodatkowego opodatkowania sieci argumentują, że za to wzrosną wynagrodzenia w indywidualnych sklepach. Widocznie zapominają, że oficjalne, a więc opodatkowane i oskładkowane, wynagrodzenia pracowników indywidualnych sklepów są niższe niż w sieciach, a ich właściciele płacą niższe składki jako osoby prowadzące działalność gospodarczą.

Nasilenie tych zjawisk będzie zależało oczywiście od wysokości wprowadzonego podatku. Podatek od sprzedaży w wysokości 1 proc. przy aktualnej rentowności sprzedaży w handlu detalicznym około 2 proc. oznacza jej zmniejszenie aż o połowę. Można się więc spodziewać, że reakcja akcjonariuszy będzie stanowcza i wszyscy odczujemy negatywne skutki dodatkowego opodatkowania w największych sieci handlowych. Ale wtedy politycy grający na emocjach wyborców będą już zasiadać w Sejmie i stać ich będzie na droższe zakupy.

Przeciwnicy sieci handlowych promują model arabski: setki tysięcy malutkich sklepików, znikoma wydajność pracy i niskie dochody, a poprawa warunków życia możliwa pod warunkiem, że wytryśnie ropa naftowa lub gaz.