„Czy moralne są obietnice, których nie można spełnić?” – pyta w tekście w "DGP" Zbigniew Parafianowicz i szybko odpowiada: oczywiście, że nie. Bo nas na to nie stać, bo nikt nie chce płacić wyższych podatków, zaś integracja obcych kulturowo tysięcy ludzi musi zakończyć się porażką. Używajmy rozumu, nie emocji, zdaje się wołać Parafianowicz, więc nic nam nie zostaje innego, jak tym tropem podążyć.

Debata o uchodźcach (tak, debata, bo wbrew narzekaniu Polacy o problemie rozmawiają, nie tylko hejtują na portalach społecznościowych) rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Ale one zupełnie się nie przenikają. Przeciwnicy próbują racjonalizować własne stanowisko, odwołując się do kwestii finansowych, logistycznych, politycznych i społecznych, a zwolennicy poruszają się na płaszczyźnie moralnej, odwołując się do współczucia, solidarności i moralnego obowiązku niesienia pomocy potrzebującym. Czy da się osiągnąć jakiekolwiek porozumienie w tej kwestii? Bliżej mi do tej drugiej postawy, bo uważam, że społeczeństwo, któremu pomagano w przeszłości i pomaga się dziś – choćby unijnymi miliardami – ma obowiązek takiej samej postawy wobec innych. Ale spróbuję spojrzeć na problem jak oponenci. Chłodno, czyli racjonalnie.

Parafianowicz przywołuje w swoim tekście przypadek pięcioletniego Ajlana Kurdi, którego ciało znaleziono w ubiegłym tygodniu na plaży koło Bodrum. Jego zdjęcie obiegło świat, trafiło na czołówki gazet i wstrząsnęło opinią publiczną. Przeciwnicy pomocy szybko zaoponowali – hola, hola, przyjrzyjmy się faktom, nie dajmy się szantażować (moralnie oczywiście). Przecież dziecko zginęło nie z powodu wojny, tylko kaprysu ojca. Rodzina Ajlana żyła w Turcji, dokąd uciekła przez syryjską wojną. Miała tam niemal jak u Pana Boga za piecem, lecz pan Kudri chciał wyleczyć zęby, więc zapakował rodzinę do łódki przemytników. Tragiczną podróż przeżył tylko on. Nie ma więc cała sprawa związku z troską o życie, bo z tej rodziny żadni uchodźcy, tylko z chęcią zarobienia pieniędzy na dentystę. Tu nie o bezpieczeństwo chodziło, a o komfort.

Przeprowadźmy analogię takiego rozumowania. Oto umęczony więzień obozu koncentracyjnego, niedożywiony, w depresji, trawiony chorobami. Godzi się na śmierć za innego więźnia. Nie robi tego z powodów altruistycznych, jak chcielibyśmy myśleć, tylko bardziej przyziemnych – ze względu na pośmiertną chwałę. Wie, że długo nie pożyje i nic już nie ma do stracenia, wykorzystuje więc ostatnią szansę. Aha, i jeszcze nazywa się Maksymilian Kolbe.

Prawdopodobna motywacja? Prawdopodobna. Moralnie równie naganna, jak pana Kurdiego. Wyobrażam sobie wojującego antyklerykała, który takie opinie głosi, co tam, znam takiego. Problem w tym, że odsysając sferę moralną ze śmierci i wojen, musimy szukać innych pobudek. Zwykle – najniższych. To właśnie robią przeciwnicy przyjmowania uchodźców. Za wszelką cenę chcą uzasadnić, że oni nie mają prawa do naszej pomocy.

W przypadku Ajlana nikt nie neguje faktu, że jego rodzina uciekła z syryjskiego Kobani. Przeszkadza jednak dwuetapowość tej ucieczki. Jeśli zostałaby w Turcji, wszystko byłoby w porządku. Jeśli chciała żyć lepiej, źle. Bo – tego przeciwnicy przyjmowania uchodźców głośno mówić nie chcą – nie dla psa kiełbasa. Wara im od bogatej Europy. Uciekli przed bombardowaniami i śmiercią, niech się cieszą, że żyją. Nie dla nich marzenia o dobrej pracy, bezpieczeństwie i nie daj boże własnym dziesięcioletnim golfie.

Tak mówi rozum. Ale ja mu tak do końca nie wierzę. Bo jeśli my, Polacy, mamy prawo do myślenia o lepszym życiu w Irlandii, Wielkiej Brytanii czy Holandii, to dlaczego nie mają go emigranci zarobkowi (specjalnie przywołuję tę terminologię) z Bliskiego Wschodu? My wyjeżdżamy zarabiać, oni wyjeżdżają zarabiać. Aby zracjonalizować ten podział, musiałbym wprowadzić inne kategorie: to barbarzyńcy, są innej kultury, gorsi, ciemniejsi, chcą kobiety ubrać w burki, wprowadzić szariat, a każdego, kto wspomni o demokracji – zabić. Ponieważ wszystko się we mnie burzy, by się na takie stwierdzenia zgodzić, odrzucam tę drogę.

Kolejne argumenty przeciwników – podkreślmy: rozumowe – krążą wokół polityki. Pisze Parafianowicz: „Moralny szantaż w ostatnich dniach stosują politycy z Francji i Niemiec, którzy pragnąc zminimalizować skutki obecnego kryzysu – za zasłoną niemal religijnych argumentów uprawiają jak najbardziej realną politykę”. Ale jeśli odrzucamy kwestie moralne, to rozum nakazuje nam czynić tak samo. Musimy być świadomi, że sposób rozwiązania kwestii uchodźców i Polski w nim udział będzie rzutował na naszą pozycję międzynarodową. A przecież mamy swoje interesy. Nawołujemy do solidarności energetycznej, bo nie chcemy dać się szantażować Gazpromowi. Przekonujemy do sankcji i twardej polityki wobec Rosji, bo wojna na Ukrainie to kwestia naszego narodowego bezpieczeństwa. I jeszcze chcielibyśmy wyrównania dopłat bezpośrednich dla rolnictwa. Jeśli gdzieś można to załatwić, gdzieś o tym rozmawiać, to w Brukseli, Berlinie i Paryżu. Niemcy, Francja i Wielka Brytania same kryzysu uchodźców nie rozwiążą, potrzeba im pomocy, więc dlaczego nie stosujemy zasady: coś za coś? Mamy kartę przetargową, użyjmy jej. My weźmiemy uchodźców, wy utrzymacie sankcje wobec Rosji. Polityka to polityka, po co moralizować. Jest interes do zrobienia, trzeba go robić z pożytkiem dla kraju. Przecież te 10 czy 20 tys. uchodźców, do których przyjęcia nas namawiają, kosztować aż tak wiele nie będzie (płaci Unia), poza tym nie oszukujmy się – Polska to żadna dla nich atrakcja, i tak większość po cichu przeniesie się na Zachód, gdy tylko będzie miała taką możliwość. A my im przecież tego utrudniać nie musimy.

Racjonalne to wszystko, czyste i proste. Cóż z tego, że rozum zaprowadził nas w inne rejony, niż byśmy chcieli, zgodzić się z nim trzeba: nasz interes to wziąć uchodźców, coś na tym ugrać, potem po cichu wypuścić z kraju.

To jest właśnie pułapka racjonalizowania wyborów moralnych. Jak pięcioletnie dzieci giną w morzu, to trzeba zrobić wszystko, by innych ten los nie spotkał, a nie analizować uzębienie ojca. Jak więzień umiera za innego, to trzeba ten gest docenić, a nie zastanawiać się nad płynącymi z tego faktu korzyściami. Tak jak nie da się obowiązku pomocy zracjonalizować, tak nie da się uzasadnić zdania przeciwnego – że tej pomocy udzielić nie chcemy. To postawa moralna i tyle.

W jednym się, niestety, z Parafianowiczem zgadzam. W ocenie realnych możliwości państwa polskiego, jeśli chodzi o prawdziwe, a nie iluzoryczne włączenie imigrantów do społeczeństwa. Jestem przekonany, że są zerowe. Właśnie ze względu na tę dominującą postawę.