Kwestia pierwsza: gimnazja. Tak, należy je zlikwidować, natychmiast. Ich wady wszyscy znamy, nie będę się rozwodzić nad zaburzonym pasmem kształcenia, nad demolką procesu wychowawczego etc. Zalety też są wątpliwe. Mają jakoby wyrównywać szanse młodzieży z mniejszych miejscowości, która ze swoich zapyziałych szkółek ma niby trafiać do większych, nowocześniejszych, lepiej wyposażonych. Bzdura. Młodzież zostaje wyrwana ze swojego środowiska, zmuszona do dojazdów, do wzięcia udziału w bitwie o kolejność dziobania w nowej grupie. Faktycznie, sama radość.

Podkreśla się też, że za czasów gimnazjów poszliśmy w górę, jeśli chodzi o wyniki badań PISA, zwłaszcza z matematyki. Jednak ten sukces wziął się stąd, że nieco wzrósł poziom słabych i najsłabszych uczniów (co nie znaczy, że stali się dobrzy), a tych świetnych nie przybywa. Więc czy dla tej korzyści statystycznej warto gimnazja trzymać? Nie. Powrót do systemu ośmioklasowej podstawówki jest najprostszy i najlogiczniejszy.

Idźmy dalej: czteroletnie liceum. Też jestem za. Dziś jest tak: pierwsza klasa na poznanie uczniów i rozeznanie bojem ich możliwości. Druga – trochę nauki. Trzecia maraton przygotowania się do testów. Za krótko, za mało. Cztery lata to minimum, nie miałabym nic przeciwko pięcioletniej szkole, ale to nierealne. Więc niech będą te cztery.

Matura. W tej wersji, w jakiej jest, mogłoby jej równie dobrze nie być. Przy 30-procentowym progu zdawalności nawet szympans byłby ją w stanie zdać, zaznaczając. Jeśli ma być znów egzaminem dojrzałości, ustawmy go przynajmniej na 50 proc. Nie każdy musi ją mieć. Nie każdy powinien iść na studia. Ja wiem, że uderzam teraz w niezły biznes, jakim są prywatne uczelnie, ale przedsiębiorczy ludzie szybko znajdą lukę na rynku i zaczną otwierać np. szkoły zawodowe. To do nich powinna uczęszczać połowa młodzieży, która traci czas, udając, że coś tam studiuje, do czego brak jej intelektualnych mocy. Ci, którzy twierdzą inaczej, oszukują tych ludzi. Którzy lądują potem na śmieciowej posadzie albo wyjeżdżają zamiatać ulice bogatszego kraju. Gdyby poszli do porządnej zawodówki, mogliby robić w życiu coś ciekawszego i lepiej płatnego. To, że tak się nie stało, to dla nich i dla nas, jako społeczeństwa, wielka krzywda. Dlatego egzaminy na uczelnie muszą wrócić.

Kolejna sprawa: sześciolatki. W tej całej akcji z posłaniem ich do szkół było więcej politycznej kalkulacji i hucpy niż faktycznej potrzeby. Bo przecież, tak naprawdę, te maluchy już się uczyły – w tzw. zerówkach. Co z tego, że część tych oddziałów była w przedszkolach, wszak i one podlegają MEN. Więc jeśli chodzi o to, aby dzieci wcześniej edukować, wystarczy zmodyfikować program przedszkolny i wprowadzić np. naukę pisania od piątego roku życia, a naukę obcego języka od czwartego. Przy czym udział w edukacji przedszkolnej byłby obowiązkowy dla trzylatków. To by faktycznie wyrównywało szanse.

Kolejny punkt to lepsze kształcenie kadr pedagogicznych – no pewnie. Ja do postulatów PiS dopisałabym następny: żeby zmiany w systemie wykorzystać do tego, aby stworzyć mniejsze liczebnie klasy, w których łatwiej byłoby i uczyć, i wychowywać. Ale do tego potrzebna by była jeszcze zmiana finansowania oświaty. To jednak nieco inny temat.