Obóz dla uchodźców we wschodnich Niemczech, 26 sierpnia 2015 r. Z wizytą pojawia się Angela Merkel. Równocześnie manifestują przeciwnicy przyjmowania obcokrajowców. Szefową rządu na plakatach określa się mianem zdrajcy. – Nie ma tolerancji dla tych, którzy nie są gotowi pomóc – odgryza się Merkel. Pięć dni później, gdy już wiadomo, że w tym roku do RFN może przybyć nawet 800 tys. uchodźców, pani kanclerz komentuje: – Jesteśmy silnym państwem. Damy radę.

Wypowiedź jest interpretowana jako zaproszenie dla rzesz uchodźców przebywających w obozach w Turcji. Równolegle Merkel naciska na Europę Środkową, która od miesięcy konsekwentnie powtarza, że polityka otwartych drzwi przynosi skutki odwrotne do zamierzonych, by zaakceptowała system automatycznego rozdzielania kwot uchodźców. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, socjaldemokrata Martin Schulz w dobrze znanym niemieckim stylu napomina, że ci, którzy nie dołączą do ofensywy dobroduszności, zostaną do niej dołączeni siłą.

Mniej więcej w tym samym czasie zajmujący się migrantami federalny urząd BAMF stwierdził, że Syryjczycy nie będą objęci tzw. procedurą Dublin III. W praktyce chodzi o to, że BAMF nie będzie sprawdzał, czy Niemcy są pierwszym bezpiecznym krajem, do którego dotarli. Syryjczyk, który z tureckiego obozu dla uchodźców dostał się przez Grecję, Macedonię i Serbię na Węgry, będzie miał prawo dojechać do niemieckiego Monachium. Podkreślmy, o zignorowaniu umowy podpisanej między państwami UE (Dublin III) zadecydował nie rząd czy MSZ, ale szeregowa agencja rządowa.

Niedziela, 13 września. Merkel przyznaje, że Niemcy „jednak sobie nie poradzą”. W poniedziałek zostają zatrzymane pociągi, które transportują uchodźców z Austrii do RFN. Tym samym zostają zawieszone regulacje Schengen. Znów z nagięciem prawa europejskiego, bo presja migracyjna nie powinna być pretekstem do takiej decyzji. Zawieszając Schengen, Merkel odwróciła o 180 stopni decyzje BAMF w kwestii Dublina III i swoje własne deklaracje. Poparł ją szef federalnego MSW. – Wzywam państwa europejskie do honorowania porozumień (dublińskich – red.) – czytamy w oświadczeniu Thomasa de Maiziere’a. Cały dotychczasowy porządek zostaje postawiony na głowie.

Wpływowy „Frankfurter Allgemeine Zeitung” tłumaczy decyzję swojego rządu: „Niemcy chronią siebie i działają zgodnie z europejskim prawem”. Gazeta za porażkę RFN wini Europę Środkową, bo linia podziału w sporze o uchodźców przebiega między Wschodem a Zachodem, a „młode kraje europejskie, wstępując do UE, nie przyswoiły sobie wszystkich aspektów liberalnego zachodnioeuropejskiego systemu wartości” – czytamy w FAZ. Gazeta zapomina o tym, że to nie szefowie rządów państw środkowoeuropejskich nakręcali spiralę oczekiwań po stronie uchodźców, których przez kilka tygodni zapewniano, że „Niemcy dadzą radę”.

Zapomina, że to w Niemczech w pierwszej połowie 2015 r. zanotowano 31 podpaleń budynków, w których mieszkają obcokrajowcy. Nie pamięta, że o ile w Polsce w 2015 r. odbyła się jedna manifestacja przeciwników przyjmowania uchodźców, w RFN było ich w tym samym okresie 110. A jeśli mowa o liberalnym systemie wartości, można by przypomnieć, że to w Saksonii neonaziści z NPD potrafili zdobyć 9 proc. w wyborach lokalnych, a poziom zaufania do Władimira Putina na obszarach byłej NRD sięga 40 proc.

Europa Środkowa, w tym Polska, w czasie obecnego kryzysu stała się zakładnikiem niekonsekwencji, braku zdecydowania i absurdalnych połajanek ze strony Niemców. Taktyka jest podobna do tej stosowanej przy rozwiązywaniu kryzysu zadłużenia. Najpierw Berlin wyznacza czarnego luda (nieodpowiedzialne kraje Południa, które nie potrafią oszczędzać, lub ksenofobicznych buraków z Europy Środkowej, którzy nie przyswoili sobie wszystkich aspektów liberalnego zachodnioeuropejskiego systemu wartości). Później zrzuca na niego winę za całe zło świata, wymusza rozwiązanie (politykę cięć lub obowiązkowe kwoty uchodźców), by na końcu się przekonać, że diagnoza była nie do końca słuszna, a zastosowane leczenie – nie do końca skuteczne. Wszystko jest oczywiście zatopione w sosie patosu i unijnej nowomowy w stylu „Europa musi mówić jednym głosem”. Albo połajanek w stylu Markusa Ferbera, wiceszefa europarlamentarnej komisji ds. gospodarczych i walutowych, który komentując kryzys grecki, w rozmowie z DGP stwierdził bez żenady, że „Grecy powinni zmienić mentalność”. W międzyczasie można się też oburzać na Węgrów, którzy jako jedyni potraktowali poważnie zapisaną w przepisach prawnomiędzynarodowych zasadę dublińską, że imigrantów należy zarejestrować w pierwszym kraju Schengen, do którego trafią, a nie swobodnie przepuszczać dalej.

Zarówno łamanie Europie kręgosłupa paktem fiskalnym (jako lekiem na kryzys zadłużenia), jak i teraz szantaż rozmontowaniem Schengen i narzucaniem obowiązkowych kwot uchodźców, a może i obcięciem państwom naszego regionu dostępu do funduszy strukturalnych, każą zadać pytanie o jakość niemieckiego przywództwa na Starym Kontynencie. Czy to przywództwo, do którego nawoływał w Berlinie były szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, w ogóle ma rację bytu? Czy przypadkiem niekonsekwencja w działaniu, buta i łatwość w przechodzeniu do porządku dziennego nad popełnianymi błędami nie zabijają Wspólnoty bardziej niż największe nawet kryzysy, które właśnie dotykają Europę? ©?