Czy dzieci nadają życiu sens? „Nie, dzieci nadają twojemu życiu sens. Mnóstwo innych rzeczy nadaje sens mojemu życiu, a jeśli w twoim przypadku są to tylko dzieci – współczuję ci” – napisała Laura Beck, dziennikarka magazynu „Cosmopolitan” w artykule „10 rzeczy, których nie należy mówić kobiecie, która nie chce mieć dzieci”. Pismo czytane jest przez wiele wyzwolonych nastolatek, którym często sprzedaje się rady w stylu, co zrobić, by „dojść szesnaście razy”. Oczywiście przy jednej okazji. Ale nie tylko popkultura niesie taki przekaz. Jest on tak silnie zakorzeniony w dużej części z nas, że trudno już dociekać, jaka jest właściwie jego geneza. Wiadomo za to, jaki jest skutek: problemy demograficzne Polski, które w weekendowym wydaniu DGP opisała Anna Wittenberg.

Dzisiaj, jak zwykle we wtorek, przyszedł czas, by uderzyć się we własne piersi. To, że nie mamy dzieci albo mamy ich mało, nie jest winą państwa, pracodawcy, rodziny. Jest winą naszą. Bo jako dorośli wciąż jesteśmy dziećmi. Nie chcemy i nie umiemy pozbyć się egoizmu i dbałości jedynie o własne potrzeby, nie znosimy ograniczania własnego ego i wybujałych aspiracji, jesteśmy po prostu zwyczajnie krótkowzroczni, by nie powiedzieć bezdennie głupi. Tak, właśnie głupi, kto jest obrażony, nie musi czytać dalej.

W 2013 r. CBOS zapytał nas w sondażu „Postawy prokreacyjne kobiet”, co jest barierą w naszym myśleniu o posiadaniu potomstwa. Okazało się, że dla co drugiej kobiety w wieku 18–33 lata nieplanującej dzieci (51 proc.) jest nią sytuacja materialna, a dla mniej więcej co trzeciej (31 proc.) – spodziewany konflikt między rolami zawodowymi i rodzinnymi. A zatem to my jesteśmy źródłem decyzji o nieposiadaniu dzieci. To nasza inicjatywa, nasze obawy, nasze obsesje. A to, że nasz rozwój zawodowy ucierpi, a to, że nas wyrzucą z pracy, gdy urodzimy dzieci. Co ciekawe, jak wynika z tego samego badania, jedynie co 10. Polka straciła kiedykolwiek zatrudnienie po powrocie z urlopu macierzyńskiego lub wychowawczego. Dziewięć na dziesięć zatem ten problem w ogóle nie dotyczy. Mimo to bardzo wygodnie zasłaniać się ryzykiem utraty źródła utrzymania dla siebie i dziecka, co już oczywiście byłoby nie lada dramatem. A że to dramat, który rozgrywa się głównie w głowach egoistów, to już zupełnie inna sprawa.

Chociaż GUS alarmuje, że od ponad 20 lat liczba dzieci rodzących się w naszym kraju nie gwarantuje prostej zastępowalności pokoleń, która występuje wówczas, gdy wskaźnik dzietności kształtuje się na poziomie 2,1–2,15 (na 100 kobiet w wieku rozrodczym 15–49 lat przypada średnio 210–215 dzieci), bo nasz wskaźnik dzietności wynosi zaledwie 1,3, a specjaliści wskazują, że niski poziom dzietności i jednoczesne wydłużanie się przeciętnego wieku życia Polaków będą prowadzić do niekorzystnych zmian socjologicznych wpływających m.in. na PKB, system emerytalny i finanse państwa, to nas to w najmniejszym stopniu nie rusza. Rośnie polska klasa średnia, stajemy się społeczeństwem szczęśliwych ludzi, co ostatnio stwierdził bardzo wyraźnie psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński w tegorocznej Diagnozie Społecznej, mamy coraz więcej pieniędzy, coraz lepsze wykształcenie i częściej podróżujemy po świecie, a mimo to brakuje nam wyobraźni.

Aż 23 proc. kobiet w wieku 18–45 lat nie zamierza nigdy mieć dzieci lub ma bardzo duże wątpliwości, czy kiedykolwiek będzie je miała. Wśród tych, które dzieci planują, 5 proc. chce mieć ich dwoje, a tylko 2 proc. troje lub więcej. Tym samym jeszcze przez wiele lat nie tylko nie wyjdziemy na prostą w tym znaczeniu, że za jednego umierającego Polaka urodzi się kolejny, ale nawet ten nowy nie urodzi się na miejsce dwóch, a nawet trzech. Prognozy mówiące o tym, że za 30 lat będzie nas 30 mln (zamiast 38 obecnie), nie tylko się zrealizują, ale zrealizują się z nadwyżką. Będzie dobrze, jeśli nasza populacja wyniesie 28 mln. Zrobimy to na własne życzenie. Z wygody, hołdowania własnym popędom, braku altruizmu i nieumiejętności angażowania się, którego dzieci wymagają od urodzenia do końca naszego życia. Nie każdy z nas jest w stanie spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Przez to sami sobie szykujemy zagładę. Nie zniszczy nas żadna wojna ani żadna inwazja uchodźców. Zniszczymy się sami swoim beznadziejnym kultem własnego ja.

Bardzo modnie i bardzo wygodnie jest dzisiaj twierdzić: Nie mam nic przeciwko dzieciom, ale akurat instynkt macierzyński mnie nie dotyczy. Nikt nie może mi kazać być matką, być ojcem. Moi rodzice wiecznie się kłócili, a na koniec rozwiedli. Ja nie chcę tego robić swoim dzieciom, więc lepiej ich w ogóle nie mieć. Wystarczy przejrzeć fora internetowe, by natknąć się na takie lub setki podobnych argumentów. Właśnie: ja, ja, ja. Tylko ja. Choroba naszych czasów – egocentryzm – tak właśnie się objawia. Dzisiaj jeszcze nie jest śmiertelna, ba, niektórzy wcale nie uważają jej za chorobę. Zacznie zabijać za kilkanaście lat, wtedy na jakiekolwiek terapie będzie za późno.

Oczywiście z egocentrykami trzeba się zgodzić. Nikt nikomu niczego nie będzie kazał. Bo posiadanie dzieci rzeczywiście nie jest dla każdego. Szkoda, że tak wielu z nas nawet się nie zastanowiło, czy warto żyć tylko dla siebie. Przyjęli to za prawdę objawioną, z którą się nie dyskutuje.